25.06.2025, 18:19 ✶
Cassian skinął głową Martinowi, sygnalizując gotowość, i ruszył przed siebie, w głąb dymu, w stronę największego chaosu. Każdy krok był trudniejszy niż poprzedni; powietrze gęstniało, stawało się lepkie od popiołu i żaru. Bruk pod stopami był mokry od wcześniejszych deszczy, ale tam, gdzie ogień rozprzestrzeniał się najgwałtowniej, nawet wilgoć nie dawała ulgi.
Przemierzali zaułki, w których noc i ogień ścierały się ze sobą w bezlitosnym pojedynku. Cassian kątem oka widział, jak płomienie pożerają drewniane okiennice, jak kolejne dachówki z łoskotem osypują się na ulice, jak woda z rynien paruje od gorąca, zanim zdążyła dotrzeć do ziemi. Wydawało się, że miasto kona na ich oczach — dom po domu, ulica po ulicy.
Zatrzymywał się co chwila, by nasłuchiwać: tu krzyk kobiety, tam szczęk metalu, odgłos łamanych belek. Oczy łzawiły mu od dymu, a w gardle czuł smak sadzy, ale nie zwalniał.
I wtedy to poczuł. Dziwne, niewytłumaczalne uczucie, jakby ktoś go obserwował. Obejrzał się przez ramię, raz, drugi, trzeci. W dymie i ciemności nic nie dostrzegł, tylko migotanie płomieni na wilgotnym bruku i rozmazane sylwetki ludzi błądzących jak cienie.
Na dachu jednej z kamienic, tam gdzie ogień jeszcze nie dotarł, siedział gołąb. Samotny, nieruchomy, jak wyrzeźbiony z popiołu. Cassian poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Gołębie powinny były odlecieć dawno temu — przed dymem, przed ogniem, przed chaosem. Dlaczego ten został? Dlaczego patrzył?
Odetchnął głęboko, zmusił się do odwrócenia wzroku. To nie czas na paranoję, powtarzał sobie. Ale raz po raz zerkał za siebie, czując na plecach cień czegoś, czego nie umiał nazwać.
Szli dalej, aż dotarli na skraj kolejnego zaułka, gdzie ogień objął już niemal wszystko. Tu wołania były najgłośniejsze. I wtedy Cassian go dostrzegł.
Chłopiec. Może dziesięcioletni. Siedział przy ścianie budynku, trzymając w dłoniach wypalony fragment jakiejś zabawki — drewniany wózek, skrzypiący przy każdym drgnięciu. Wokół niego płomienie tworzyły pierścień, a gorąco było tak silne, że powietrze drgało, zniekształcając obraz.
Cassian spojrzał na Martina, jego wzrok mówił wszystko.
— Musimy go stamtąd wydostać. Ja spróbuję ugasić płomienie, zrobię co mogę. Ty… jakoś go wyciągnij. Osłoń go albo... nie wiem, użyj tego, co masz najlepszego. Razem damy radę.
Uniósł różdżkę.
— Aguamenti! - rzucił, kierując strumień wody na pierścień ognia, który oddzielał ich od chłopca.
Teraz wszystko zależało od nich obu. Martin miał wykonać swoją część — jak, to już należało do niego.
Cassian wiedział jedno: tej nocy nie mógł pozwolić, by to dziecko zostało pożarte przez płomienie
// Paranoje Cassiana wywołuje po części efekt spalonych kości, po części zawada "Drobny lęk 1: Gołębie"
!Strach przed imieniem
Rzut na przywołanie wody w celu ugaszenia płomieni
Przemierzali zaułki, w których noc i ogień ścierały się ze sobą w bezlitosnym pojedynku. Cassian kątem oka widział, jak płomienie pożerają drewniane okiennice, jak kolejne dachówki z łoskotem osypują się na ulice, jak woda z rynien paruje od gorąca, zanim zdążyła dotrzeć do ziemi. Wydawało się, że miasto kona na ich oczach — dom po domu, ulica po ulicy.
Zatrzymywał się co chwila, by nasłuchiwać: tu krzyk kobiety, tam szczęk metalu, odgłos łamanych belek. Oczy łzawiły mu od dymu, a w gardle czuł smak sadzy, ale nie zwalniał.
I wtedy to poczuł. Dziwne, niewytłumaczalne uczucie, jakby ktoś go obserwował. Obejrzał się przez ramię, raz, drugi, trzeci. W dymie i ciemności nic nie dostrzegł, tylko migotanie płomieni na wilgotnym bruku i rozmazane sylwetki ludzi błądzących jak cienie.
Na dachu jednej z kamienic, tam gdzie ogień jeszcze nie dotarł, siedział gołąb. Samotny, nieruchomy, jak wyrzeźbiony z popiołu. Cassian poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Gołębie powinny były odlecieć dawno temu — przed dymem, przed ogniem, przed chaosem. Dlaczego ten został? Dlaczego patrzył?
Odetchnął głęboko, zmusił się do odwrócenia wzroku. To nie czas na paranoję, powtarzał sobie. Ale raz po raz zerkał za siebie, czując na plecach cień czegoś, czego nie umiał nazwać.
Szli dalej, aż dotarli na skraj kolejnego zaułka, gdzie ogień objął już niemal wszystko. Tu wołania były najgłośniejsze. I wtedy Cassian go dostrzegł.
Chłopiec. Może dziesięcioletni. Siedział przy ścianie budynku, trzymając w dłoniach wypalony fragment jakiejś zabawki — drewniany wózek, skrzypiący przy każdym drgnięciu. Wokół niego płomienie tworzyły pierścień, a gorąco było tak silne, że powietrze drgało, zniekształcając obraz.
Cassian spojrzał na Martina, jego wzrok mówił wszystko.
— Musimy go stamtąd wydostać. Ja spróbuję ugasić płomienie, zrobię co mogę. Ty… jakoś go wyciągnij. Osłoń go albo... nie wiem, użyj tego, co masz najlepszego. Razem damy radę.
Uniósł różdżkę.
— Aguamenti! - rzucił, kierując strumień wody na pierścień ognia, który oddzielał ich od chłopca.
Teraz wszystko zależało od nich obu. Martin miał wykonać swoją część — jak, to już należało do niego.
Cassian wiedział jedno: tej nocy nie mógł pozwolić, by to dziecko zostało pożarte przez płomienie
// Paranoje Cassiana wywołuje po części efekt spalonych kości, po części zawada "Drobny lęk 1: Gołębie"
!Strach przed imieniem
Rzut na przywołanie wody w celu ugaszenia płomieni
Rzut Z 1d100 - 67
Sukces!
Sukces!