Szli przed siebie. Paskudny dym wżerał się w płuca. Jeśli przeżyje tę noc – rzuca palenie. Londyn miał wyczuwalnie gorsze powietrze od innych znanych mu miejsc, ale teraz wiele by dał, by móc zaciągnąć się jego naturalnym smogiem, a nie tym, co unosiło się tu teraz.
Ale pomimo uciążliwości, to nie dym grał główną rolę, a jego niszczycielska przyczyna. Przedzierając się przez ulice z Cassianem, Martin trafił w końcu na szlak ognia. Ale gdy już je widział – nie potrafił zrozumieć, czemu tak bardzo tego pragnął. Czego oczekiwał po stanięciu oko w oko z żywiołem, który odebrał mu brata? Przecież nie były to te same płomienie wykrzesane z tej samej różdżki. A nawet jeśli z tej samej... Co im zrobi? Pobije? I jak on wyobrażał sobie odnaleźć Daisy w tak wielkim mieście?
Gdyby nie Cassian, Martin zrobiłby smutną żabę i wrócił do domu, udając przed matką, że po prostu zasiedział się w toalecie. Ale zgodził się dołączyć do misji ratunkowej. Tylko właściwie... co mieli ratować?
Szli przed siebie. Ciężko określić, w co najpierw ręce włożyć. Rozpadająca się ściana budynku, płomienie przeskakujące przez korony drzew, jakiś mężczyzna z rozciętą ręką. Co z tego było wystarczająco istotne, by się tym zająć w pierwszej kolejności?
Na szczęście stanęli przed nieszczęściem, które stanowiło odpowiedź na to pytanie. Chłopiec w kręgu ognia. Sytuacja nie była na tyle tragiczna, że mogli jeszcze wkroczyć z pomocą. Ale jeśli się nie pospieszą...
Użyj tego, co masz najlepszego.
Martin przeklął w myślach. Przecież on nie umiał czarować! Zasypie dzieciaka cytatami niemieckich filozofów? Chłopiec sam skoczy w płomienie.
Dopiero gdy Cassian otworzył przejście między płomieniami, Martin podszedł do... no właśnie. Młodzieńca. Dla Croucha dziecka w tym wieku nie brało się już na ręce.
– No chodź... – mruknął miękko, kładąc dłoń na ramieniu chłopaka i prowadząc go przez wodne wrota. – Wiesz może... gdzie są twoi rodzice?
Zadając to pytanie czuł, jak rośnie mu w gardle wielka gula. Jeśli odpowiedzią będzie, że rodzice właśnie się spalili w budynku obok albo porwał ich jakiś fanatyk czystości krwi... Odpowiedź nie mogła być pozytywna. Bo jeśli w takiej sytuacji rodzic nie osłania własną piersią swojej latorośli, to ma ku temu niezwykle ważny powód – zazwyczaj zupełnie niezależny od siebie.