Drobny sukces zawitał na ich drodze. Niestety nie było to zadanie ukończone, lecz otwierające wrota do czegoś o wiele trudniejszego. Do czegoś, co przekraczało granice ich możliwości – przynajmniej w perspektywie Martina. Nie zdawał sobie sprawy z obecnego statusu zawodowego Cassiana, z podejmowanych przez niego nauk, wysiłków, działań. Nie wiedział, jak potoczyło się życie zawodowe Blishwicka po ukończeniu Hogwartu, ale nie podejrzewałby go o objęcie kierunku brygadzisty i aurora.
Tak wiele mieli do nadrobienia.
Spoglądając na wskazany budynek, Martin założył najgorsze. Chłopiec został sierotą. Trzeba będzie skontaktować się z jego dalszą rodziną...
Tymczasem Cassian pobiegł do budynku. A nawet wbiegł do środka. Martina kompletnie zamurowało. Czyżby miał halucynacje od kontaktu z tym paskudnym dymem i tylko wyobraził sobie spotkanie z dawnym znajomym? A może to Blishwickowi się coś poprzestawiało w głowie?
– Zostań tu – powtórzył do dziesięciolatka, po czym pobiegł do płonącego budynku.
Dym był tutaj jeszcze bardziej paskudny, oczy momentalnie zaczęły mu łzawić. Stał w progu i z przerażeniem wpatrywał się w sylwetkę kolegi wbiegającego do środka. Chciał za nim krzyknąć, by się opamiętał, zawrócił. Ale wtedy usłyszał inny głos. Ktoś w tym budynku jeszcze żył. Martin wypluł z siebie krótkie przekleństwo. Nie wejdzie tam, nie odsunie belki. To za dużo.
Martin skierował dłoń w stronę belki. Manipulacja nią z tej odległości była ryzykowna. Mógł uderzyć Cassiana albo rozproszyć ogień jeszcze bardziej. A głębiej do budynku nie wejdzie... Dlaczego nie znał żadnych przydatnych zaklęć? Ale wtedy coś mu się przypomniało. Magii potrafił używać tylko dla udogodnień dnia codziennego. Nie potrafił zamienić belki w kałużę, ale potrafił... chłodzić napoje.
– Glacius.
Miał zamiar pokryć lodem belkę i ściany wokół niej, żeby odegnać w tym miejscu niebezpieczeństwo ognia. Wtedy już Cassian będzie mógł zająć się przeszkodą.
Kształtowanie na pojawienie się lodu.
Slaby sukces...