Martin elegancko wyłożył posadzkę piaskiem. Droga wyjścia była bezpieczna. Dopóki sufit nie zawali się im na głowę. Czarodziej obserwował działania znajomego z bezpiecznej odległości. Jego spojrzenie padało też na pobliskie płomienie, by zareagować w razie potrzeby.
Gdy Cassian zachęcał ludzi do wyjścia, odpowiedziała mu cisza. Po chwili usłyszał kaszel i zachrypnięty głos.
– Mój mąż... On... Zemdlał... Nie dam rady go przenieść...
Damski głos załamywał się pod wpływem emocji. Cassian dostrzegł jakiś ruch, odgłos szurania. Kobieta próbowała przeciągnąć ciało nieprzytomnego mężczyzny, ale brakowało jej sił. Sama była niezwykle osłabiona. Trzymała się na nogach jedynie dzięki szmatce przewiązanej na twarzy, odcinającej w jakimś stopniu dopływ trującego dymu do płuc.
Martin spojrzał za siebie, by upewnić się, że chłopiec dalej stał tam, gdzie go zostawili. Młodzieniec posłusznie egzystował w bezruchu, sparaliżowany strachem, wpatrywał się w ginący na jego oczach dom.
Rzut na to, czy matka Martina ogarnęła już, że nie ma go w domu. 1 - tak; 2 - nie.