Geraldine była lekko w szoku. Tak właściwie to wcale nie lekko. Nie do końca umiała przetrawić to, co się właśnie wydarzyło. Miała swoje poglądy, szczególnie, gdy dotyczyły one magii mentalnej. Była to jedna z niewielu rzeczy, których się bała. Nie straszne były jej bestie, ludzie, Voldemort, obawiała się jedynie tego, że może stracić kontrolę nad sobą i swoimi czynami. Szczególnie po tym, co zrobił Thoran, a właściwie to doppelganger, pogłębił jej lęk. Sprawa była całkiem świeża, jeszcze nie zdążyła jej przetrawić, szczególnie, że mamił ją przez wiele miesięcy, wkradł się w jej łaski, udawał jej brata, spowodował to, że zaczęła kwestionować jasność swojego umysłu. Towarzyszył jej dziwny lęk o tym, że ktoś może przejąć jej życie, że zostanie zapomniana. Znowu to czuła, bała się, że Roise może zapomnieć kim jest. Nie umiała się pozbyć tego uczucia, uderzało w nią w najmniej oczekiwanych momentach, no i trafiło też teraz.
Wiadomo, że bywało rożnie. Czasem dochodziło do spięć między przyjaciółmi, jednak miała wrażenie, że to, co się tutaj stało to było zbyt dużo. Rozumiała strzelenie sobie po mordzie, a później godzenie się pijąc jakieś obrzydliwe trunki, każdy miewał gorsze momenty, zwłaszcza w grupie tak silnych charakterów, ale to, co się tutaj stało było dla niej niepojęte. Musiała jakoś się ogarnąć, bo nie chciała pokazywać słabości, a przecież nawet jej nie dotyczył ten atak. Potrafiła postawić się na miejscu Benjy'ego który swoją drogą spektakularnie został spacyfikowany przez Corneliusa. Lestrange wzbudzał w niej respekt, jak nikt inny potrafił opanować każdą sytuację, nie chciałaby kiedyś mu podpaść. Był pewnie jedną z nielicznych osób, z którymi wolałaby się nie mierzyć, bo wiedziała, że nie było szansy, aby z nim wygrała. Był zbyt inteligentny, zbyt rozsądny, trochę go podziwiała za to, że umiał tak nad sobą panować i zawsze wiedział, co robić.
W końcu Romulus padł na ziemię. Zemdlał. Yaxleyówna zamrugała, spojrzała na Corio, później na Ambroisa nie dało się nie zauważyć pytania malującego się na jej twarzy, brzmiało jakoś tak Co do chuja?. Potter odegrał przedstawienie, bardzo dramatyczne, a później padł. Spojrzała na mężczyznę, który zmienił się w kobietę, chyba w swoją siostrę, nie był chyba wytworem jej wyobraźni, to nie był wymysł, wyczuwała, że posiada pewne umiejętności... to nieco ją uspokoiło. To nie mogła być żadna bestia, tylko kolejna utalentowana osoba w tym wąskim gronie.
- Zostawimy go z tym? - Mruknęła bardzo cicho spoglądając na Corneliusa. Jasne, wiedziała, że poradzi sobie z każdym problemem, tak już miał, ale nie była pewna, czy chce żeby tak było. W końcu znajdowali się tutaj razem, byli przyjaciółmi, powinni być swoim wsparciem, szczególnie w takich gównianych sytuacjach.
Świniak - ci to mieli wyczucie, pojawił się bowiem w idealnym momencie, niczym przysłowiowa wisienka na torcie dopełniał absurd tej całej sytuacji, tak właściwie co robił świniak na ognisku? To była przesada, nawet jak na nich.
Wbiła swoje spojrzenie w Corneliusa, bez wypowiadania słów w głos pytała go o to, czy wszystko jest w porządku, czy jakoś sobie poradzą. Sama chyba odesłałaby w tej chwili Pottera do ojca, żeby się ogarnął. Popsuł im wieczór, nie spodziewała się tego, że może odwalić takie gówno, jak widać, nigdy nie można być niczego pewnym. Musiała mieć jednak pewność, że sprawa zostanie jakoś wyjaśniona, bo nie miała w zwyczaju zostawiać przyjaciół z szambem wokół nich, a Corio przecież był jednym z jej bliższych przyjaciół, wspierał ją zawsze, więc nie mogła tak po prostu odejść.
- Mogę wziąć, tylko nie chcę, żeby sam musiał sobie z tym radzić. - Sięgnęła po pakunek, o którym wspomniał Greengrass, najlepiej byłoby się stąd ulotnić, tyle, że to nie było do końca w jej stylu.
Nie miała szczególnych oczekiwań co do tego wieczoru, liczyła, że napiją się piwa, czy czegoś mocniejszego, pośmieją się, spędzą razem czas, bo zasługiwali na odrobinę normalności. Wszystko trafił szlag, dość szybko, powinna się tego spodziewać, prawda? Zawsze gdy było zbyt spokojnie rzeczywistość przypominała o tym, że tak nie może być, za każdym razem, coś musiało się wydarzyć, by nie było zbyt spokojnie. Powoli zaczynało ją to męczyć.