Tym razem udało mu się sięgnąć po alkohol, to był sukces, bez wątpienia. Cornelius mógł stanąć w miejscu, unosząc butelkę do ust, bez sięgania po szklankę, co samo w sobie było wyznacznikiem tego, jak blisko mężczyzna był tego, by wybuchnąć. Zazwyczaj cenił sobie kulturę picia, szczególnie wysokoprocentowych trunków. Teraz stał, popijając bezpośrednio z butelki i patrząc na otoczenie. Obserwował, jak jego przyjaciel podniósł się z ziemi i podszedł do Prudence, zauważył dłoń, która, choć niby od niechcenia, jakby mimochodem, wyciągnęła się ku niej w niemal nienaturalnym, jak na Fenwicka, geście otwartości. Zauważył też, jak kobieta bez słowa wstaje i bierze towarzysza pod ramię, pewnym ruchem, doskonale wiedziała, co robiła. Wzięła obrońcę pod rękę, a coś w tym było tak zupełnie naturalne, jakby robili tak od lat. Corio uniósł tylko jedną brew, ledwo zauważalnie, w jego umyśle pojawił się niekoniecznie dyskretny, ale nie całkiem złośliwy komentarz, którego nie uznał za wart wypowiedzenia na głos.
Lestrange nie skomentował tego, ponieważ nie był to jego interes. Może tylko mrugnął z lekkim niedowierzaniem, w którym nie było nawet cienia kpiny, Corio był zbyt zmęczony, rozgoryczony, by silić się teraz na jakąkolwiek ocenę. Nie zamierzał tego analizować, nie miał takiej chęci, ani obowiązku, to nie była jego sprawa, ani teraz, ani wcześniej. W gruncie rzeczy, ich losy krzyżowały się na jego werandzie, ale nie były jego odpowiedzialnością. Przynajmniej tyle dobrego, Prue nie miała drugiego wroga. A Benjy? Cóż, on potrafił być znacznie groźniejszy niż Romulus, który, jakkolwiek głośno szczekał, przypominał bardziej rozhisteryzowaną chihuahuę, niż realne zagrożenie. Benjy był pitbullem, nie atakował dla rozrywki, już nie, raczej nie bawiły go konflikty, ale jeśli już raz się wgryzł, to nie puszczał. Cornelius znał go wystarczająco długo, by wiedzieć, że jego milczenie bywa znacznie groźniejsze niż podniesiony głos kogokolwiek innego. Zresztą, jak na ten dzień, nie była to wcale najgorsza konfiguracja, właściwie, jeśli miał być szczery wobec samego siebie, a miał, bo zawsze był, cieszyło go, że Prudence nie wychodziła stąd samotna.
Cornelius nie zatrzymał ich, nie zawołał, nie poprosił, by zostali. Oboje wiedzieli, że nie muszą. Wiedzieli, że niczego więcej nie będzie i on sam też to wiedział, tak było lepiej, ich odejście było rozsądne, logiczne, przewidywalne i, szczerze mówiąc, potrzebne. Oboje zasługiwali na coś innego niż to żałosne widowisko, a on nie zamierzał nikogo o niczym przekonywać, nikomu nic wyjaśniać. Kto miał rozum, ten już wszystko zrozumiał. Lestrange nie rzucał słów na wiatr, nigdy, nie wypowiadał pustych deklaracji, nie miał skłonności do tworzenia dramatów, ale też nigdy nie pozwalał, by jego zasady były deptane.
Jego spojrzenie przesunęło się w stronę Romulusa, który leżał bez ruchu, z rozrzuconymi kończynami, bezwładny jak kukiełka z obciętymi sznurkami, ktoś mógłby pomyśleć, że to Potter był tu ofiarą, a nie niedoszłym władcą marionetek. Błąd. Odwrócił się powoli, spojrzał po twarzach pozostałych, Ambroise’a, Geraldine, chwilowo nieobecnego Eliasa, czy raczej drugiej Prudence - każdego, kto pozostał w kręgu. Skrzaty, które przed momentem zniknęły z pieczołowicie przygotowaną świnią, pojawiły się znowu, bez słowa, czujne jak sekundanci na pojedynku, gotowe na każde polecenie gospodarza. Cornelius spojrzał na nie, nieznacznie unosząc podbródek, przez chwilę milczał, tylko po to, by wreszcie, z pełną świadomością wagi własnych słów, odezwać się z poleceniem.
- Zabierzcie panicza Pottera na werandę. - Powiedział chłodno, niemal znużonym tonem, jakby mówił o pościeli do zmiany, a nie o swoim przyjacielu. Nie był człowiekiem, który rzucał słowa na wiatr, był poważnym gospodarzem, właśnie zadecydował o losie jednego z gości. - Nie pozwólcie mu wchodzić z powrotem, spakujcie wszystkie rzeczy, które do niego należą i wystawcie je na ganek, tu jego obecność jest już niepożądana. - To była jego przestrzeń, jego ziemia, jego zasady i żadne „ale przecież to tylko ja, przyjaźnimy się, nie wyrzucisz przyjaciela” nie miały prawa tego zmienić, skoro Romulus próbował pluć mu w twarz i mówić, że pada.[/a]Skrzaty ukłoniły się i ruszyły bez słowa, zajmując się wykonaniem polecenia, a on, wciąż z tym samym niezmiennym spokojem, zwrócił się do pozostałych.
- Jak zapowiedziałem. - Powiedział, spokojnie, niemal konwersacyjnie, równie dobrze mógł ogłaszać, że deszcz może spaść pod wieczór. - To są ostatnie minuty Pottera w tym domu, gdy się ocknie, zostanie poinformowany, że jego rzeczy są już spakowane. - Mówiąc to, Corio nie spojrzał już na Romulusa, nie sprawdzał, czy się poruszył, czy jęknął, to nie była już jego sprawa. Tylko kątem oka zauważył, że skrzaty zaczęły lewitować jego przyjaciela. - Uprzedzałem go... - Kontynuował, nie podnosząc głosu. Wzrok Geraldine spotkał się z jego spojrzeniem i przez krótką chwilę nic się nie działo, a potem Cornelius wzruszył ramionami, nieznacznie, mężczyzna ledwie poruszył ramieniem, ale w tym geście było wszystko - zmęczenie, rezygnacja, potwierdzenie, że ostrzegał, mówił, prosił i teraz nadszedł czas na konsekwencje. - Powiedziałem wyraźnie - albo się uspokaja, albo się wynosi... Nie uspokoił się... I teraz się wynosi. - Powiedział głośno, zwracając się już nie tylko do Yaxley, ale do wszystkich, którzy zostali. Jego głos był spokojny, nie podniesiony, ale miał w sobie twardość i deklarację egzekwowania decyzji, którą mężczyzna podjął już kilka minut temu. Nikt nie miał obrażać go, ani jego własnych gości, w jego własnym domu, przyjaciel czy nie, Lestrange tego nie tolerował. - Zabierze swoje rzeczy i zniknie. Może wynająć pokój w gospodzie, mają tam wystarczająco grube ściany, by nie przeszkadzał innym. Może iść gdziekolwiek, ale nie zostanie tutaj. - Zakomunikował. Nie pytał, czy ktoś się z nim zgadza, nie patrzył, czy ktokolwiek chciałby zaprotestować, nie dawał nikomu okazji do zabrania głosu, ponieważ to był jego dom i jego decyzja, podjęta z pełną świadomością, wyrok wymierzony nie z gniewu, lecz z potrzeby przywrócenia porządku. W takich przypadkach, całe szczęście - nielicznych, nie pytał o zdanie, nie otwierał dyskusji, z perspektywy Corneliusa nie było miejsca na „czy ktoś ma inne zdanie?”, „może przesadzam?”, „co wy na to?”. Nie było na to miejsca, bo to nie był już wieczór z przyjaciółmi, to był pogorzelisko po tym, co zostało z ich planów, i jeśli Lestrange miał zamiar coś z niego jeszcze uratować, a chciał ze względu na pozostałych, musiał zacząć od wyrzucenia tych, którzy wzniecali pożar i dolewali smoczej oliwy do ognia.
- Niestety, to koniec ogniska na dziś. Nikt nie musi już tu siedzieć z uprzejmości. - Głos miał łagodniejszy, ale wciąż rzeczowy, zdecydowany. Na jego twarzy nie było już gniewu, jedynie zmęczenie i ta specyficzna rezygnacja, z którą przyjmował do wiadomości, że pewnych rzeczy, choćby bardzo się chciało, nie da się odczarować. - Sugerowałbym się rozejść. Nie zamierzam nikogo zatrzymywać ani do niczego zmuszać. - Nie patrzył już na nikogo w szczególności, gdy wypowiadał te słowa. Dopiero po chwili przeniósł spojrzenie na Ambroise’a, nawet na dłużej niż należało. Wystarczająco długo, by było jasne, że wiedział i rozumiał. Nie trzeba było słów, by zrozumieć, jak bardzo to wszystko rozminęło się z planem, jak bardzo sytuacja wymknęła się spod kontroli i ile wysiłku zostało zmarnowane. W tej jednej wymianie spojrzeń mieściło się więcej, niż w całym nieszczęsnym wieczorze.
- Będę ci tylko bardzo wdzięczny, jeśli pozbędziesz się tego zbiornika wodnego. - Dodał po chwili, z lekkim ruchem głowy, niemal przepraszająco - O ile to jeszcze możliwe, rzecz jasna. - Powiedział to całkiem spokojnie, nie potrzebował wyjaśnień, nie wymagał usprawiedliwień, dlaczego to powstało, nie w tej chwili. Uniósł brew z cieniem ironii, ale bez złośliwości, po prostu chciał odzyskać swój ogród. Westchnął cicho, nie dla efektu, a raczej dla zachowania resztek wewnętrznej równowagi, a potem, nie poruszając się, nie zmieniając nawet pozycji ciała, odezwał się znów, tym razem nieco ciszej. - I nie radziłbym wchodzić do sypialni. - Skierował to już wyłącznie do Ambroise’a, z dyskretnym skinieniem głowy. - Zaraz każę skrzatom przenieść was do pokoju gościnnego. - Nie potrzebował wyjaśniać, co może znajdować się w środku. Bobry. Bobry, kurwa...