27.06.2025, 15:22 ✶
Cassian zamarł, gdy usłyszał odpowiedź. Dźwięk kobiecego głosu, chropawy, pęknięty od kaszlu, przeszył powietrze równie wyraźnie, co trzask walących się belek. Zrozumiał wszystko — nie musiał słyszeć więcej.
Cholera.
Zeskoczył ze schodów, lądując miękko na piaszczystym dywanie stworzonym przez Martina.
— Zostań tu. Jeśli płomienie ruszą z powrotem — rób, co trzeba. — rzucił przez ramię, już nie czekając na odpowiedź.
Oparł ramię na ustach, zasłaniając je rękawem, i ruszył w stronę źródła dźwięku. Dym był gęsty, gęstszy niż wcześniej — teraz, kiedy walka o życie miała wejść w kolejną fazę, zdawał się ścinać mu płuca z każdą sekundą.
Kobieta próbowała ciągnąć ciało przez podłogę — ledwo, chwiejnie, jakby trzymała się na nogach jedynie siłą woli. Ich wzrok spotkał się na moment. W jej oczach nie było już nadziei, tylko rozpacz i wstyd. Cassian nie dał jej jednak czasu na tłumaczenia.
Ukląkł przy ciele mężczyzny, szybko oceniając sytuację. Nieprzytomny, oddychał płytko — wciąż był cień szansy.
— Dobrze, mam go. — rzucił krótko i przysunął się bliżej.
Wsadził dłonie pod pachy nieprzytomnego i jednym płynnym ruchem spróbował poderwać go z ziemi. Miał zamiar wziąć ciężar na siebie i ruszyć w stronę wyjścia, mimo wszystko licząc na to, że kobieta go wesprze, a Martin w razie czego ochroni.
Ciało było ciężkie jak ołów — nasiąknięte potem, wilgocią i bezwładnością. Gdyby miał czas, mógłby spróbować go odciążyć magią. Ale nie miał. Zbyt wiele mogło się zawalić, zbyt łatwo wszystko mogło obrócić się w pył.
Zacisnął zęby i ruszył, dźwigając mężczyznę jak tarczę. Nie był już tylko ratownikiem — był drogą ucieczki. Kobieta szła obok, potykając się, z trudem trzymając równowagę. Cassian nie mówił nic więcej, bo wiedział, że każde słowo to kosztowny oddech.
Podłoga trzeszczała. Gdzieś z tyłu ogień próbował jeszcze raz rozgorzeć, jakby czuł, że traci ofiarę.
Droga do wyjścia była krótka, ale teraz czuł każdy krok jak całą milę. Miał nadzieję, że Martin czuwa u dołu. Że chłopiec wciąż tam jest. Że dadzą radę.
Cholera.
Zeskoczył ze schodów, lądując miękko na piaszczystym dywanie stworzonym przez Martina.
— Zostań tu. Jeśli płomienie ruszą z powrotem — rób, co trzeba. — rzucił przez ramię, już nie czekając na odpowiedź.
Oparł ramię na ustach, zasłaniając je rękawem, i ruszył w stronę źródła dźwięku. Dym był gęsty, gęstszy niż wcześniej — teraz, kiedy walka o życie miała wejść w kolejną fazę, zdawał się ścinać mu płuca z każdą sekundą.
Kobieta próbowała ciągnąć ciało przez podłogę — ledwo, chwiejnie, jakby trzymała się na nogach jedynie siłą woli. Ich wzrok spotkał się na moment. W jej oczach nie było już nadziei, tylko rozpacz i wstyd. Cassian nie dał jej jednak czasu na tłumaczenia.
Ukląkł przy ciele mężczyzny, szybko oceniając sytuację. Nieprzytomny, oddychał płytko — wciąż był cień szansy.
— Dobrze, mam go. — rzucił krótko i przysunął się bliżej.
Wsadził dłonie pod pachy nieprzytomnego i jednym płynnym ruchem spróbował poderwać go z ziemi. Miał zamiar wziąć ciężar na siebie i ruszyć w stronę wyjścia, mimo wszystko licząc na to, że kobieta go wesprze, a Martin w razie czego ochroni.
Ciało było ciężkie jak ołów — nasiąknięte potem, wilgocią i bezwładnością. Gdyby miał czas, mógłby spróbować go odciążyć magią. Ale nie miał. Zbyt wiele mogło się zawalić, zbyt łatwo wszystko mogło obrócić się w pył.
Zacisnął zęby i ruszył, dźwigając mężczyznę jak tarczę. Nie był już tylko ratownikiem — był drogą ucieczki. Kobieta szła obok, potykając się, z trudem trzymając równowagę. Cassian nie mówił nic więcej, bo wiedział, że każde słowo to kosztowny oddech.
Podłoga trzeszczała. Gdzieś z tyłu ogień próbował jeszcze raz rozgorzeć, jakby czuł, że traci ofiarę.
Droga do wyjścia była krótka, ale teraz czuł każdy krok jak całą milę. Miał nadzieję, że Martin czuwa u dołu. Że chłopiec wciąż tam jest. Że dadzą radę.