28.06.2025, 16:38 ✶
Ciężar ciała leżącego na jego barkach nie zmniejszał się ani o gram. Wręcz przeciwnie – z każdym krokiem wydawał się coraz bardziej obezwładniający, jakby bezwładny mężczyzna wsiąkał w niego jak mokra szmata nasiąkająca wodą. Cassian miał wrażenie, że niesie nie człowieka, a cały ten cholerny budynek na plecach.
Nie oglądał się. Nie było na to czasu. Nie miał też siły krzyczeć, by Martin się ruszył, coś zrobił, podał choćby rękę. Czuł tylko pulsujący rytm własnego serca, ból w kręgosłupie i ten narastający dyskomfort, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość nie współgrała z jego oczekiwaniami. Czy on naprawdę po prostu stoi i patrzy?!
Nie był w stanie wiedzieć, jak bardzo Martin się starał. Że próbował zaklęć, że szeptał do siebie jakieś formuły, machał ręką w powietrzu, jakby próbował wyczarować leżak czy plażowy wózek. Cassian tego nie widział. Wiedział tylko, że się dusi, że kobieta chwieje się u jego boku, a schody wciąż są przed nimi.
Uderzył barkiem o futrynę. Syknął, ale nie pozwolił sobie na więcej. Strop nad nimi zaskrzypiał złowrogo. Miał wrażenie, że wszystko się sypie – nie tylko sufit, ale i plan, i wytrzymałość, i cierpliwość. Zrobił krok. Potem drugi. Każdy coraz cięższy.
Kobieta trzymała się z tyłu, chwiała się, ale nie zatrzymywała. Ona przynajmniej próbowała.
Wreszcie dotarli do schodów. Piach pod butami dawał przyczepność, ale każdy krok w dół wymagał precyzji. Nie mógł pozwolić sobie na potknięcie — ciało mężczyzny ciążyło w ramionach, a każdy fałszywy ruch mógł zakończyć się katastrofą.
Zacisnął palce mocniej.
— Dalej. Jeszcze tylko trochę... — mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.
Z całym wysiłkiem, który w nim pozostał, próbował bezpiecznie zejść po schodach, wciągając za sobą bezwładne ciało.
Rzut na bezpieczne sprowadzenie nieprzytomnego na parter budynku
Nie oglądał się. Nie było na to czasu. Nie miał też siły krzyczeć, by Martin się ruszył, coś zrobił, podał choćby rękę. Czuł tylko pulsujący rytm własnego serca, ból w kręgosłupie i ten narastający dyskomfort, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość nie współgrała z jego oczekiwaniami. Czy on naprawdę po prostu stoi i patrzy?!
Nie był w stanie wiedzieć, jak bardzo Martin się starał. Że próbował zaklęć, że szeptał do siebie jakieś formuły, machał ręką w powietrzu, jakby próbował wyczarować leżak czy plażowy wózek. Cassian tego nie widział. Wiedział tylko, że się dusi, że kobieta chwieje się u jego boku, a schody wciąż są przed nimi.
Uderzył barkiem o futrynę. Syknął, ale nie pozwolił sobie na więcej. Strop nad nimi zaskrzypiał złowrogo. Miał wrażenie, że wszystko się sypie – nie tylko sufit, ale i plan, i wytrzymałość, i cierpliwość. Zrobił krok. Potem drugi. Każdy coraz cięższy.
Kobieta trzymała się z tyłu, chwiała się, ale nie zatrzymywała. Ona przynajmniej próbowała.
Wreszcie dotarli do schodów. Piach pod butami dawał przyczepność, ale każdy krok w dół wymagał precyzji. Nie mógł pozwolić sobie na potknięcie — ciało mężczyzny ciążyło w ramionach, a każdy fałszywy ruch mógł zakończyć się katastrofą.
Zacisnął palce mocniej.
— Dalej. Jeszcze tylko trochę... — mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.
Z całym wysiłkiem, który w nim pozostał, próbował bezpiecznie zejść po schodach, wciągając za sobą bezwładne ciało.
Rzut na bezpieczne sprowadzenie nieprzytomnego na parter budynku
Rzut O 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!