28.06.2025, 16:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2025, 16:53 przez Alexander Mulciber.)
Alexander nie zauważył, że kot, do tej pory wylegujący się pośród poduszek, przeciągnął się leniwie, po czym zaczął przekradać się chyłkiem pomiędzy rozłożonymi na podłodze książkami. Zwierzę zatrzymało się znienacka, aby polizać łapkę. Jedną, a po chwili drugą. Przy czym drugą łapkę kot musiał polizać dwa razy, bo uparte futerko nie chciało się ładnie ułożyć pod kocim języczkiem! No, wreszcie, zdawał się mówić poirytowany zwierzak, który westchnął ciężko, jak gdyby nie istniały na tym świecie gorsze problemy, jak potargane futerko. Zadowolony, podniósł puchaty ogon, zręcznie lawirując pomiędzy rozrzuconymi wokół poduszkami. Zatrzymał się na chwilę, aby obwąchać stare, zachlapane kawą wydanie Prekognicji Proroków, nic nie robiąc sobie z zamieszania, które wybuchło wokół, dopóki nie dotarło do jego kociego łebka, że to nie na niego tak krzyczą. Jak to nie na niego, zastrzygł wąsami kot, przecież to on był najważniejszą osobą w tym zakurzonym domu! Może i spędził pół dnia śpiąc na jednej z poduszek w pokoju Alexandra, ale to nie znaczy, że można po prostu o kocie zapomnieć, co to, to nie! Tylko kot mógł ignorować ludzi, a nie ludzie kota! Niewiele myśląc, zdecydował się więc wpakować Alexandrowi między nogi, a potem może skoczyć do swojej pani, Lorien, na łóżko, i poprosić o podrapanie za uszkiem. Chociaż nie był taki pewny, czy tego chce, skoro pani ignorowała go cały dzień, szlajając się nie wiadomo gdzie. Przecież ona nie była kotem, a tylko koty mogą chodzić swoimi drogami, nieważne, co mruczał pod nosem ten Cygan, który mówił, że Cyganie mają wędrówkę we krwi. On też nie był kotem! Ale podrapał go dzisiaj za uchem, więc kot zapomniał na niego fuknąć. Ale teraz już pamiętał, przypomniał sobie, i fuknął bardzo, bardzo głośno.
– Te avel kado muto maldino! – zaklął po cygańsku Alexander, tuż po tym jak rozłożył się jak długi na podłodze. Rozwalone wszędzie poduszki zamortyzowały upadek, który pozbawił go jednak tchu. Szybko jednak wciągnął powietrze do płuc, gdy nad głową przeleciał mu akurat rzucony przez Lorien powietrzny pocisk. Przeklęty kot, pomyślał gniewnie, sięgając po poduszkę.
Ostatnimi czasy, kot upodobał sobie spanie w pokoju Alexandra, jak gdyby nie miał swojego legowiska w pokoju, który zawsze zajmowała Lorien, goszcząc w Mulciber Manor. A gościła tu często, bo ich ojcowie, połączeni więzami nie tylko przyjaźni, ale i pokrewieństwa, zawsze lubili spędzać razem czas. Adeline Prewett kręciła czasem na te wizyty nosem, ale czy mogło istnieć lepsze, bezpieczniejsze miejsce dla biednej, chorowitej jedynaczki Crouchów aniżeli Mulciber Manor? Miejsce, gdzie mogłaby mieć tyle swobody, co w Yorkshire? Tyle spokoju, pośród szemrzących sennie wrzosowisk? Tyle ożywczego powietrza, czyniącego krzepkim i zdrowym wszystkich, którzy nim oddychali? W myślach Alexandra od dawien dawna był to więc po prostu pokój Lorien. W przeciwieństwie do reszty pokojów gościnnych położony był w bliskim sąsiedztwie jego sypialni. Podobnie jak i w jego sypialni, znaleźć można było tutaj wiele pamiątek z dzieciństwa. Aby zbliżyć się dzisiaj do jej łóżka i złożyć na nim poduszkę z wizerunkiem tego przeklętnika, Roberta, musiał minąć ciężką toaletkę, w której drewnie wyrzeźbiono urokliwe ptaszki, baraszkujące wesoło pośród ukwieconych gałęzi drzew i krzewów. Było to kolejne ze znalezisk jego ojca, który uwielbiał rozpieszczać podobnymi podarunkami wszystkich tych, których kochał. "W domu tatuś sprawi ci pewnie ładniejsze", machał niby to od niechcenia ręką Duncan Mulciber, wstawiając do pokoiku kolejne, specjalnie wyszukane przez niego meble, które, jak sądził, spodobają się małej Lorien. Jak gdyby wyszukując jej prezenty, mógł poczuć to, co nigdy nie było mu dane: miłość córki, której nie miał, a która osłodziłaby dni jego i jego żony swym szczebiotem, zamiast wyfrunąć z rodzinnego gniazda, ledwie rozłożyła skrzydła – tak jak zwykli robić to synowie. Bo chociaż Lorien nie była mu córką, gdy składała na jego szorstkim policzku dziecinne pocałunki, Duncan miał nadzieję, że kiedyś nią zostanie, przez małżeństwo z jednym, czy drugim z jego synów. Nie została ostatecznie panią Mulciber – nie za jego życia – a jednak zawsze była mile widziana przez starego w gmachu rodowej posiadłości. Pamiętała, jak odsuwał na bok popielniczkę, w której dusił cygaro, zawsze otoczony ich dymem, zanim nachylał się, aby przygarnąć ją do piersi, zapytać, jak się czuje jego "ptasia panienka".
Od czasu jego śmierci, Mulciber Manor wydawało się trwać w zawieszeniu, jak gdyby ze śmiercią Duncana zatrzymał się tutaj czas.
Zamieszkaj ze mną, poprosił Lorien ledwie parę dni temu Alexander, sprowadź się do Mulciber Manor. Wróć ze mną do domu. Zaciskał zęby, gdy nazywał to miejsce domem, bo jego korytarze zamieszkiwały już tylko duchy i wspomnienia. A jednak tkwiła w nim jakaś samolubna nadzieja, że zdoła odwlec choć na chwilę jej przemianę, jak gdyby nakręcając na nowo stary zegar po dziadku, naprawdę zdołałby zatrzymać dla Lorien czas. Jak gdyby nie był władcą snów, lecz władcą czasu, który przekręcił się w łóżku na drugi bok, tak jak przekręcają się wskazówki zegara, prosząc jednak nie o czas, a o jeszcze jeden sen. Nieważne, ile ten sen miałby trwać. Jeden rok. Jeden miesiąc. A może nawet jeden dzień. Jedną godzinę.
Zawsze wiedział, że kiedyś nadejdzie ten dzień, że nadejdzie prędzej, niż później. Zatrzymywać ją, byłoby rzeczą okrutną. Ale on przecież jej nie zatrzymywał, on... Zacisnął zęby, kładąc kartkę na łóżku. Może i był okrutny. A może był tylko człowiekiem, który stracił już tak wiele, że nie chciał stracić jeszcze i siostry.
Gdy Alexander przystanął tego wieczoru nad łóżkiem Lorien, nie patrzył więc na złożoną na narzucie poduszkę. Jego wzrok sięgnął dalej, do okna, z którego rozciągał się widok na wrzosowisko. W oddali widać było także wzgórza, na których położony był stary cmentarz. Stał tam grób jego ojca. Stała tam także rzeźba, która miała zwieńczyć grób Lorien, kiedy ta dokona swej przemiany. Oba groby były puste, bo prochy ojca oddał przecież temu samemu wiatru, który miał ponieść na swych skrzydłach Lorien. Oba miały pozostać puste. Puste jak Mulciber Manor, tak puste jak–
Nie takie jednak puste, wydawał się sprzeciwiać kot, który w tym samym momencie otarł mu się o nogi. Alexander zmarszczył brwi. Musiał wyrwać sierściucha z letargu swoim przybyciem. Z jakiegoś powodu, zwierzę zapałało do niego sympatią, która miała jednak pozostać nieodwzajemniona. To wtedy kocisko zdołało wymknąć się z pokoju Lorien, jak zawsze przemykając niezauważone – jak gdyby posiadło szczególną umiejętność przekradania się cichaczem po peryferiach spojrzenia Alexandra – a jednak, gdy wkradło się do jego sypialni, gdzie zasnęło pośród poduszek, Alex nie wygonił kota z pokoju. A potem po prostu o nim zapomniał. Nic dziwnego, że nie zauważył więc sierściucha, o którego się potknął, tracąc równowagę. Kot zaprotestował przeciwko takiemu traktowaniu głośnym fuknięciem, i drapnął pod łóżko, a Alexander po prostu sięgnął po najbliższą poduszkę, próbując podnieść się z podłogi. Wystawiał się na otwarty atak, ale nie dbał o to.
– Miałaś pilnować swojego kota! – warknął.
– Te avel kado muto maldino! – zaklął po cygańsku Alexander, tuż po tym jak rozłożył się jak długi na podłodze. Rozwalone wszędzie poduszki zamortyzowały upadek, który pozbawił go jednak tchu. Szybko jednak wciągnął powietrze do płuc, gdy nad głową przeleciał mu akurat rzucony przez Lorien powietrzny pocisk. Przeklęty kot, pomyślał gniewnie, sięgając po poduszkę.
Ostatnimi czasy, kot upodobał sobie spanie w pokoju Alexandra, jak gdyby nie miał swojego legowiska w pokoju, który zawsze zajmowała Lorien, goszcząc w Mulciber Manor. A gościła tu często, bo ich ojcowie, połączeni więzami nie tylko przyjaźni, ale i pokrewieństwa, zawsze lubili spędzać razem czas. Adeline Prewett kręciła czasem na te wizyty nosem, ale czy mogło istnieć lepsze, bezpieczniejsze miejsce dla biednej, chorowitej jedynaczki Crouchów aniżeli Mulciber Manor? Miejsce, gdzie mogłaby mieć tyle swobody, co w Yorkshire? Tyle spokoju, pośród szemrzących sennie wrzosowisk? Tyle ożywczego powietrza, czyniącego krzepkim i zdrowym wszystkich, którzy nim oddychali? W myślach Alexandra od dawien dawna był to więc po prostu pokój Lorien. W przeciwieństwie do reszty pokojów gościnnych położony był w bliskim sąsiedztwie jego sypialni. Podobnie jak i w jego sypialni, znaleźć można było tutaj wiele pamiątek z dzieciństwa. Aby zbliżyć się dzisiaj do jej łóżka i złożyć na nim poduszkę z wizerunkiem tego przeklętnika, Roberta, musiał minąć ciężką toaletkę, w której drewnie wyrzeźbiono urokliwe ptaszki, baraszkujące wesoło pośród ukwieconych gałęzi drzew i krzewów. Było to kolejne ze znalezisk jego ojca, który uwielbiał rozpieszczać podobnymi podarunkami wszystkich tych, których kochał. "W domu tatuś sprawi ci pewnie ładniejsze", machał niby to od niechcenia ręką Duncan Mulciber, wstawiając do pokoiku kolejne, specjalnie wyszukane przez niego meble, które, jak sądził, spodobają się małej Lorien. Jak gdyby wyszukując jej prezenty, mógł poczuć to, co nigdy nie było mu dane: miłość córki, której nie miał, a która osłodziłaby dni jego i jego żony swym szczebiotem, zamiast wyfrunąć z rodzinnego gniazda, ledwie rozłożyła skrzydła – tak jak zwykli robić to synowie. Bo chociaż Lorien nie była mu córką, gdy składała na jego szorstkim policzku dziecinne pocałunki, Duncan miał nadzieję, że kiedyś nią zostanie, przez małżeństwo z jednym, czy drugim z jego synów. Nie została ostatecznie panią Mulciber – nie za jego życia – a jednak zawsze była mile widziana przez starego w gmachu rodowej posiadłości. Pamiętała, jak odsuwał na bok popielniczkę, w której dusił cygaro, zawsze otoczony ich dymem, zanim nachylał się, aby przygarnąć ją do piersi, zapytać, jak się czuje jego "ptasia panienka".
Od czasu jego śmierci, Mulciber Manor wydawało się trwać w zawieszeniu, jak gdyby ze śmiercią Duncana zatrzymał się tutaj czas.
Zamieszkaj ze mną, poprosił Lorien ledwie parę dni temu Alexander, sprowadź się do Mulciber Manor. Wróć ze mną do domu. Zaciskał zęby, gdy nazywał to miejsce domem, bo jego korytarze zamieszkiwały już tylko duchy i wspomnienia. A jednak tkwiła w nim jakaś samolubna nadzieja, że zdoła odwlec choć na chwilę jej przemianę, jak gdyby nakręcając na nowo stary zegar po dziadku, naprawdę zdołałby zatrzymać dla Lorien czas. Jak gdyby nie był władcą snów, lecz władcą czasu, który przekręcił się w łóżku na drugi bok, tak jak przekręcają się wskazówki zegara, prosząc jednak nie o czas, a o jeszcze jeden sen. Nieważne, ile ten sen miałby trwać. Jeden rok. Jeden miesiąc. A może nawet jeden dzień. Jedną godzinę.
Zawsze wiedział, że kiedyś nadejdzie ten dzień, że nadejdzie prędzej, niż później. Zatrzymywać ją, byłoby rzeczą okrutną. Ale on przecież jej nie zatrzymywał, on... Zacisnął zęby, kładąc kartkę na łóżku. Może i był okrutny. A może był tylko człowiekiem, który stracił już tak wiele, że nie chciał stracić jeszcze i siostry.
Gdy Alexander przystanął tego wieczoru nad łóżkiem Lorien, nie patrzył więc na złożoną na narzucie poduszkę. Jego wzrok sięgnął dalej, do okna, z którego rozciągał się widok na wrzosowisko. W oddali widać było także wzgórza, na których położony był stary cmentarz. Stał tam grób jego ojca. Stała tam także rzeźba, która miała zwieńczyć grób Lorien, kiedy ta dokona swej przemiany. Oba groby były puste, bo prochy ojca oddał przecież temu samemu wiatru, który miał ponieść na swych skrzydłach Lorien. Oba miały pozostać puste. Puste jak Mulciber Manor, tak puste jak–
Nie takie jednak puste, wydawał się sprzeciwiać kot, który w tym samym momencie otarł mu się o nogi. Alexander zmarszczył brwi. Musiał wyrwać sierściucha z letargu swoim przybyciem. Z jakiegoś powodu, zwierzę zapałało do niego sympatią, która miała jednak pozostać nieodwzajemniona. To wtedy kocisko zdołało wymknąć się z pokoju Lorien, jak zawsze przemykając niezauważone – jak gdyby posiadło szczególną umiejętność przekradania się cichaczem po peryferiach spojrzenia Alexandra – a jednak, gdy wkradło się do jego sypialni, gdzie zasnęło pośród poduszek, Alex nie wygonił kota z pokoju. A potem po prostu o nim zapomniał. Nic dziwnego, że nie zauważył więc sierściucha, o którego się potknął, tracąc równowagę. Kot zaprotestował przeciwko takiemu traktowaniu głośnym fuknięciem, i drapnął pod łóżko, a Alexander po prostu sięgnął po najbliższą poduszkę, próbując podnieść się z podłogi. Wystawiał się na otwarty atak, ale nie dbał o to.
– Miałaś pilnować swojego kota! – warknął.
Rzut na percepcję (czy w ogóle w nią trafi)
Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut PO 1d100 - 6
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut Z 1d100 - 49
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat