Niesamowite. Aż trzy zaklęcia pod rząd mu nie wyszły. Gdy Cassian zdołał spojrzeć na Martina, ten miał już opuszczone w beznadziei ręce. Wyglądał, jak gdyby faktycznie nie podjął żadnego działania. Na ogół nie odczuwał wstydu. Ale teraz pragnął się zapaść pod ziemię.
Dopiero gdy Cassian dotarł na parter, Martin podbiegł, by pomóc chociaż trochę. Nie wiedział jak. Nigdy nie miał "okazji" przenosić ludzkich ciał. Chciał odciążyć Cassiana, ale jak? W którym miejscu podtrzymać? Jak nie utrudnić jeszcze bardziej całego procesu? Pogrążając się w wewnętrznej tragedii i bezsilności, finalnie zajął się kobietą. Podał jej ramię, na którym się oparła. Była wykończona. Wyprowadził ją na zewnątrz. W oczach miał łzy. Nie wiedział, czy od dymu, czy od głębokiego rozczarowania i zażenowania własną osobą. Pewnie od jednego i drugiego.
Na widok syna, kobieta częściowo odzyskała siły. Podbiegła do chłopca i przycisnęła go do piersi, zalewając go kojącym wylewem słów. Młodzieniec w napięciu obserwował, jak Cassian wyprowadza jego ojca, ale jakieś napięcie już z niego wyraźnie zeszło.
Martin pomógł Blishwickowi ułożyć mężczyznę na ziemi. Nie wiedział, jak się udziela pierwszej pomocy. Czy w szkole w ogóle mieli takie rzeczy? Jak Mugole wzywali Pogotowie Ratunkowe? Czy był sens interesowania się tym? Wszystkie jednostki z pewnością działały teraz na terenie całego miasta i nikt nie ruszyłby na pomoc pojedynczej osobie. Musieli sobie radzić sami. Tylko jak?
Czy matka Martina posłała już za nim skrzatkę? 1 - tak. 2 - nie.