28.06.2025, 23:45 ✶
Są na tym świecie prawdy tak oczywiste, że nie wymagają przydługich dywagacji i nudnych wykładów. Każdy wiedział, że po nocy nastaje dzień, a ogień parzy zbyt ciekawską dłoń. W przyszłości do grona tych oczywistości miała dołączyć kolejna, o której świat miał dowiedzieć się z prywatnych dzienników Erika Longbottoma z okresu wojny domowej między Ministerstwem Magii a Śmierciożercami Czarnego Pana. Szkoda tylko, że jeszcze nie wiem, czy poświecę temu tylko małą sekcję, czy raczej cały rozdział, skomentował w myślach mężczyzna, maszerując niepewnym krokiem przez Ulicę Pokątną. Już na tym etapie wiedział jednak jaki będzie tytuł tego fragmentu: wrzesień 1972 - zapowiedź jednej, wielkiej katastrofy.
Jak inaczej miałby opisać ten miesiąc? Wydarzenia minionego lata pomimo paru wpadek zdawały się sugerować, że sytuacja s kraju miała się nieco uspokoić po ataku Śmierciożerców na Beltane. Towarzysząca wszystkim przez długie tygodnie niepewność zaczynała powoli ustępować nadziei na to, że atak terrorystyczny był odosobnionym przypadkiem. W końcu podczas festynu w Londynie nie doszło do żadnego wielkiego wypadku, a co by nie mówić o czarnoksiężnikach dowodzonych przez Czarnego Pana... Nie można było ich winić za decyzje byłej arcykapłanki lokalnego kowenu. Zdawało się, że wszystko zmierzało ku lepszemu. No właśnie: zdawało się.
Londyn w ogniu. Dolina Godryka w ogniu. Miasto pogrążone w chaosie. Wieś próbująca się zorganizować wobec niespodziewanej fali pożarów. Ministerstwo Magii działające w gruncie rzeczy po omacku i bez większego planu. Szpital św. Munga robiący co w jego mocy, aby wesprzeć ofiary pożarów i walących się kamienic w centrum magicznej dzielnicy miasta. Erik wzdrygał się, ilekroć wracały do niego wspomnienia tamtej nocy: widok pierwszych palących się chat, szybki wypad do Manchesteru i lądowanie w stolicy, którą ogień i pył zdążył już wziąć w swe władanie. I powrót do Warowni Longbottomów, żeby tylko przekonać się, że to nie atak na Londyn miał najbardziej zaboleć jej mieszkańców.
Warownia padła. To brzmiało tak... nierealnie. Na liście rzeczy, których Erik nie spodziewał się usłyszeć, ta była praktycznie na samym szczycie listy. Równie wysoko mógłby jeszcze tylko co najwyżej umieścić treść listu gratulacyjnego z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów w sprawie nadzwyczajnego włączenia go do grona sędziów Wizengamotu i zaproszenie od swojej siostry na jej ślub z kimś pokroju Atreusa Bulstrode'a lub kogoś z arystokratycznych rodów czystej krwi. Może jakiegoś Blacka? Mulcibera? Malfoya? Wszystkie te scenariusze wydawały się nierealne, a jednak pożar rezydencji Longbottomów stał się faktem. Wydarzył się. I to akurat wtedy, kiedy znaczna część jego mieszkańców przebywała pół kraju dalej, próbując ratować stolicę.
— Dobrze, że chociaż tyle przetrwało — skomentował pod nosem, zerkając do płóciennej torby w którą spakował kilka butelek skrzaciego bimbru produkcji Malwy.
No dobra, może delikatnie dramatyzował. Warownia nie spłonęła doszczętnie, a wiele z jej elementów zapewne uda się odratować lub odrestaurować, ale cios zadany rodzinie przez zaprószenie ognia na długo pozostanie niezaleczony. Kwestie szeroko zakrojonego remontu to było jedno, ale poniekąd odarto ich z jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa. A przecież nie mieszkali tam sami. Dora i jej rodzina, Thomas... I każdy, kto wpadał tam przejazdem. Jeszcze przed orędziem Czarnego Pana Warownia służyła przyjaciołom rodziny za schronienie. A teraz nawet trudno było określić, czy jej zabezpieczenia były cokolwiek warte. A skoro ich główna siedziba mogła tak łatwo paść, to co jeszcze mogło się rozpaść, jeśli wróg obierze ich za cel?
Erik wziął głęboki oddech, zatrzymując się przed głównym wejściem do lokalu Nory. Nie miał czasu na to, żeby się zbytnio stroić, toteż złapał pierwsze, co wpadło mu w ręce: znoszone, lekko przetarte w okolicy nogawek ciemne spodnie, względnie biały t-shirt i ciemno-zieloną flanelową koszulę. Mogło być gorzej, ale zazwyczaj pojawiłby się w Londynie w nieco lepszych ciuchach. Tyle dobrego, że raczej żaden fotoreporter go tutaj nie złapie. Ledwie parę dni po Spalonej Nocy zapewne mieli inne rzeczy do roboty. I ciekawsze wiadomości.
— Heej — rzucił słabym głosem na powitanie, kiedy został już wpuszczony do środka. Dopiero wtedy zorientował się, że nie był wcale pierwszym gościem. Na miejscu znajdował się już Ambroise i... jeszcze jeden facet, którego Erik za cholerę nie mógł skojarzyć z żadnym nazwiskiem.. — Przychodzę z darami. We względnie dobrym stanie.
Jak inaczej miałby opisać ten miesiąc? Wydarzenia minionego lata pomimo paru wpadek zdawały się sugerować, że sytuacja s kraju miała się nieco uspokoić po ataku Śmierciożerców na Beltane. Towarzysząca wszystkim przez długie tygodnie niepewność zaczynała powoli ustępować nadziei na to, że atak terrorystyczny był odosobnionym przypadkiem. W końcu podczas festynu w Londynie nie doszło do żadnego wielkiego wypadku, a co by nie mówić o czarnoksiężnikach dowodzonych przez Czarnego Pana... Nie można było ich winić za decyzje byłej arcykapłanki lokalnego kowenu. Zdawało się, że wszystko zmierzało ku lepszemu. No właśnie: zdawało się.
Londyn w ogniu. Dolina Godryka w ogniu. Miasto pogrążone w chaosie. Wieś próbująca się zorganizować wobec niespodziewanej fali pożarów. Ministerstwo Magii działające w gruncie rzeczy po omacku i bez większego planu. Szpital św. Munga robiący co w jego mocy, aby wesprzeć ofiary pożarów i walących się kamienic w centrum magicznej dzielnicy miasta. Erik wzdrygał się, ilekroć wracały do niego wspomnienia tamtej nocy: widok pierwszych palących się chat, szybki wypad do Manchesteru i lądowanie w stolicy, którą ogień i pył zdążył już wziąć w swe władanie. I powrót do Warowni Longbottomów, żeby tylko przekonać się, że to nie atak na Londyn miał najbardziej zaboleć jej mieszkańców.
Warownia padła. To brzmiało tak... nierealnie. Na liście rzeczy, których Erik nie spodziewał się usłyszeć, ta była praktycznie na samym szczycie listy. Równie wysoko mógłby jeszcze tylko co najwyżej umieścić treść listu gratulacyjnego z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów w sprawie nadzwyczajnego włączenia go do grona sędziów Wizengamotu i zaproszenie od swojej siostry na jej ślub z kimś pokroju Atreusa Bulstrode'a lub kogoś z arystokratycznych rodów czystej krwi. Może jakiegoś Blacka? Mulcibera? Malfoya? Wszystkie te scenariusze wydawały się nierealne, a jednak pożar rezydencji Longbottomów stał się faktem. Wydarzył się. I to akurat wtedy, kiedy znaczna część jego mieszkańców przebywała pół kraju dalej, próbując ratować stolicę.
— Dobrze, że chociaż tyle przetrwało — skomentował pod nosem, zerkając do płóciennej torby w którą spakował kilka butelek skrzaciego bimbru produkcji Malwy.
No dobra, może delikatnie dramatyzował. Warownia nie spłonęła doszczętnie, a wiele z jej elementów zapewne uda się odratować lub odrestaurować, ale cios zadany rodzinie przez zaprószenie ognia na długo pozostanie niezaleczony. Kwestie szeroko zakrojonego remontu to było jedno, ale poniekąd odarto ich z jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa. A przecież nie mieszkali tam sami. Dora i jej rodzina, Thomas... I każdy, kto wpadał tam przejazdem. Jeszcze przed orędziem Czarnego Pana Warownia służyła przyjaciołom rodziny za schronienie. A teraz nawet trudno było określić, czy jej zabezpieczenia były cokolwiek warte. A skoro ich główna siedziba mogła tak łatwo paść, to co jeszcze mogło się rozpaść, jeśli wróg obierze ich za cel?
Erik wziął głęboki oddech, zatrzymując się przed głównym wejściem do lokalu Nory. Nie miał czasu na to, żeby się zbytnio stroić, toteż złapał pierwsze, co wpadło mu w ręce: znoszone, lekko przetarte w okolicy nogawek ciemne spodnie, względnie biały t-shirt i ciemno-zieloną flanelową koszulę. Mogło być gorzej, ale zazwyczaj pojawiłby się w Londynie w nieco lepszych ciuchach. Tyle dobrego, że raczej żaden fotoreporter go tutaj nie złapie. Ledwie parę dni po Spalonej Nocy zapewne mieli inne rzeczy do roboty. I ciekawsze wiadomości.
— Heej — rzucił słabym głosem na powitanie, kiedy został już wpuszczony do środka. Dopiero wtedy zorientował się, że nie był wcale pierwszym gościem. Na miejscu znajdował się już Ambroise i... jeszcze jeden facet, którego Erik za cholerę nie mógł skojarzyć z żadnym nazwiskiem.. — Przychodzę z darami. We względnie dobrym stanie.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞