29.06.2025, 02:41 ✶
Cassian z trudem pokonał ostatnie stopnie, niemal zsuwając się po piachu, który jeszcze chwilę temu ratował ich przed ogniem. Ciężar mężczyzny nie zmalał ani odrobinę. Ramiona piekły go jak po ciężkim treningu, kark był sztywny od napięcia, a koszula przykleiła się do pleców. Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, ugiął kolana i ostrożnie osunął ciało na bruk.
Martin też tam był, pomagając kobiecie, która trzymała się na jego ramieniu. Gdy tylko znalazła się na świeżym powietrzu, poderwała się nagle, jakby przepełniona nagłym zastrzykiem sił. Bez słowa rzuciła się do chłopca i przycisnęła go do piersi.
— Mamusiu! - łkał chłopiec, wtulony w jej szaty. Ich głosy zlały się w jeden szloch rozpoznawalny dla każdego, kto kiedyś poczuł ulgę zbyt wielką, by pomieściły ją słowa.
Cassian cofnął się o krok, dając im przestrzeń. Wpatrywał się w ten obraz przez kilka sekund. Matka. Dziecko. Cudownie bezpieczne, choć sekundę temu śmierć wciąż rozglądała się za nimi pośród ognia. Przez moment pozwolił sobie na zamknięcie oczu.
Nie miał takiego wspomnienia. Nie takiego.
Zadarł głowę i spojrzał na niebo - to samo, które jeszcze godzinę temu zdawało się zapadać nad Londynem. Teraz było brudne, przysłonięte czarnym puchem, rozcięte ognistym jęzorem dymu. Świat zmieniał się w coś, czego nie dało się już rozpoznać.
— Czasem wydaje się, że wystarczy siły na wszystko... aż przychodzi dzień, który zjada cię do końca, zanim się skończy - rzucił cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Jego głos był głęboki, ale przygaszony. Zmęczony.
Przeniósł wzrok z powrotem na kobietę. Na mężczyznę, którego przed chwilą ocalił od spopielenia. Nie wyglądał dobrze. Oddychał, ale był blady, niemal siny, a jego klatka piersiowa unosiła się z trudem. Cassian nie potrafił go uleczyć. Nawet nie próbował.
Zrobił parę kroków bliżej i zwrócił się do kobiety:
— Proszę mi powiedzieć... Gdzie znajduje się najbliższy mug... - zawahał się na ułamek sekundy, szukając właściwego słowa, które nie brzmiałoby jak obce - szpital? Taki... który znacie. Taki, do którego się chodzi, kiedy...
Nie musiał kończyć zdania. Ona już wiedziała, o co pyta.
Czy wie o co pyta?
Martin też tam był, pomagając kobiecie, która trzymała się na jego ramieniu. Gdy tylko znalazła się na świeżym powietrzu, poderwała się nagle, jakby przepełniona nagłym zastrzykiem sił. Bez słowa rzuciła się do chłopca i przycisnęła go do piersi.
— Mamusiu! - łkał chłopiec, wtulony w jej szaty. Ich głosy zlały się w jeden szloch rozpoznawalny dla każdego, kto kiedyś poczuł ulgę zbyt wielką, by pomieściły ją słowa.
Cassian cofnął się o krok, dając im przestrzeń. Wpatrywał się w ten obraz przez kilka sekund. Matka. Dziecko. Cudownie bezpieczne, choć sekundę temu śmierć wciąż rozglądała się za nimi pośród ognia. Przez moment pozwolił sobie na zamknięcie oczu.
Nie miał takiego wspomnienia. Nie takiego.
Zadarł głowę i spojrzał na niebo - to samo, które jeszcze godzinę temu zdawało się zapadać nad Londynem. Teraz było brudne, przysłonięte czarnym puchem, rozcięte ognistym jęzorem dymu. Świat zmieniał się w coś, czego nie dało się już rozpoznać.
— Czasem wydaje się, że wystarczy siły na wszystko... aż przychodzi dzień, który zjada cię do końca, zanim się skończy - rzucił cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Jego głos był głęboki, ale przygaszony. Zmęczony.
Przeniósł wzrok z powrotem na kobietę. Na mężczyznę, którego przed chwilą ocalił od spopielenia. Nie wyglądał dobrze. Oddychał, ale był blady, niemal siny, a jego klatka piersiowa unosiła się z trudem. Cassian nie potrafił go uleczyć. Nawet nie próbował.
Zrobił parę kroków bliżej i zwrócił się do kobiety:
— Proszę mi powiedzieć... Gdzie znajduje się najbliższy mug... - zawahał się na ułamek sekundy, szukając właściwego słowa, które nie brzmiałoby jak obce - szpital? Taki... który znacie. Taki, do którego się chodzi, kiedy...
Nie musiał kończyć zdania. Ona już wiedziała, o co pyta.
Czy wie o co pyta?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak