29.06.2025, 11:39 ✶
Obserwowała ciemnowłosą, gdy ta sięgała do beczki chcąc ugasić pragnienie i przywołać się nieco do porządku. Chwilę przypatrywała się jej poczynaniom, po czym wstała. Nie uważała tego za coś niewłaściwego, mimo że panienkom z dobrego domu nie przystało robić tego typu rzeczy. Co prawda panienkom z dobrego domu wiele rzeczy nie przystało robić, ale kto by się tym przejmował.
Otrzepała sukienkę, powoli wstając, aby pójść śladem towarzyszki. Było gorąco, woda przyjemnie chłodna i orzeźwiająca. Mogłaby przysiąc w tym momencie, że w życiu nie piła niczego lepszego, czując wyczerpanie, pragnienie i gorąc.
-ma to swój urok - zachichotała, sięgając wody. Delektując się jej chłodem i smakiem. Zerknęła w jej kierunku, gdy ta postanowiła wrócić na trawę jako pierwsza. Przykryła wieczko od beczki, podążając nieśpiesznie śladem przyjaciółki, na powrót rozsiadając się wygodnie na trawie. Nie pamiętała kiedy ostatnio przyszło jej się zmęczyć aż tak... pewnie w Norwegii, gdy piesze wędrówki po klifach należały do jej codzienności.
Słuchała opinii Travers na temat tego po co i do czego im woda. Pokiwała z wolna głową
-Ta... i pewnie te głosy uzyska - stwierdziła. Nie znała mężczyzny, ale zgadywała, że Faye ma rację. Po co innego byłaby ta woda? I chciałoby się przejąć, aby po całej akcji ta nie wylądowała spuszczona w ściekach, gdy tylko spełni swoją rolę i zapewni pożądany rozgłos, zbierając pochwały.
A jednak na to już nie miały wpływu, ich misja kończyła się w tym momencie. Co prawda mogłaby się irytować na to co stanie się później z zebraną wodą, aczkolwiek pewnie nigdy się nie dowie, a One same za swoją pracę otrzymają zapłatę. Zerknęła na przyjaciółkę.
-Masz rację... - zerknęła na nią. Czy mogły coś z tym zrobić? Raczej nie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto dołączy do tego cyrku. Pieniądze dawały możliwości, wiele możliwości. A sama Scarlett, mimo że nie była bogata, to nie czuła się wcale od nich lepsza, wiedząc że jest równie popsuta.
-Wiem - przytaknęła markotnie. Upierdliwe. Wszystko było upierdliwe. Słowa przyjaciółki również takie były, bo były prawdziwe. Ludzie nie zwykli przystanąć, aby zastanawiać się nad cierpieniem innych. W wiecznym pędzie każdy myśli o sobie, racjonalizując krzywdy bo te pod koniec dnia nie miały znaczenia, stawały się historią. Opowieścią jedną z wielu, jak te które przeżywała w Norwegii - Zanim przyjechałam do Londynu pracowałam w Norwegii przy duchach... - zerknęła na nią krótko, aby chwilę później przenieść wzrok w kierunku traw - Jestem egzorcystą i... wywoływaczką? - zaśmiała się krótko, nie bardzo wiedząc jak przetłumaczyć ostatnie słowo z norweskiego - Medium.. - mruknęła w zadumie.
- W tych historiach nigdy nie było szczęśliwego zakończenia, nie było na nie miejsca.. - przyznała ze smętnym uśmiechem, a jej wzrok zaległ na jednej z beczek. Pierwsze dwa miesiące zdawały się traumą, a po nich nastąpiła akceptacja, oswojenie się z brutalnością rzeczywistości, zezwierzęceniem ludzi. Wzięła głęboki wdech. Historie do których prowadziły krwawe ślady.
- blodige spor- powtórzyła niemal szeptem, przenosząc wzrok na własne buty. Zerknęła na Faye. Miała dobre serce, czyste, empatyczne, zupełnie niepasujące do realiów świata. A jednak posiadała też ducha walki i nieugięty charakter i Mulciber zgadywała, że to właśnie dlatego jej przyjaciółka jeszcze żyje, przez siłę, która od niej biła.
-Nic nam nie zostało jak tylko grać w tę grę... - wyznała, przenosząc na nią spojrzenie - To upierdliwe, wiem... - mruknęła, zatrzymując się w ciągu myślowym - Ale wiesz jak się gra w szachy... - jej wzrok powoli przeniósł się na niebo, powoli, nieśpiesznie - czasami trzeba poświęcić jakąś figurę...
Było to okrutne, ale prawdziwe. Pod koniec dnia, każdy wybierał siebie.
I ja też jestem złym człowiekiem, Faye Travers. Westchnęła bezgłośnie, wydobywając coś z kieszeni skórzanej torby.
Nie zasługuje na to, aby kroczyć przy twoim boku. Sięgnęła dłoni przyjaciółki, którą przysunęła ku sobie. Jestem zepsutym egoistą, którego nie da się naprawić. Obróciła jej dłoń wewnętrzną stroną ku górze. I gdybym miała wybierać między masą, a tobą. Rozchyliła jej palce. Wybrałabym Ciebie. I nie pożałowałabym ani przez chwilę swojej decyzji. Bo takim sposobem wybieram siebie i swoje dobro.
Nakreśliła na jej dłoni znak, po czym położyła na jej wierzchu bransoletkę. Bo twoje jedno życie jest ważniejsze, aniżeli ból tysiąca innych osób.
-Upierdliwe... - mruknęła z delikatnym uśmiechem. Dlatego... - wierzę w moc kamieni, mimo że to naiwne - wyznała z głupim uśmiechem. Nie różnię się niczym od tych, którymi w pewien sposób gardzisz.
Powoli zamknęła jej dłoń. Bransoletka na czerwonej nici przepleciona supełkami, szkarłat żyłki przysłaniały czarne turmaliny, którym przykazane było chronić posiadaczkę, różowy kwarc dla szczęścia w miłości, błękitne kamienie księżycowe dla harmonii emocjonalnej i intuicji oraz cytryn dla osiągnięcia sukcesu.
I chociaż nie dzieliły razem dekad, to te zdawały się dla Mulciber niepotrzebne. Miała wrażenie, jakby te znały się w poprzednim życiu, a w tym udało im się spotkać po raz kolejny, na nowo, zapominając o przeszłości, ale czując ślad więzi, kolor nici które wtedy musiały im towarzyszyć. Po raz kolejny ich drogi się skrzyżowały i nie potrzebowały ani czasu, ani słów, aby stać się sobie bliskie. Bo inaczej nazwać Travers nie mogła, była jej bliska, była członkiem rodziny którego wybrała sama.
Otrzepała sukienkę, powoli wstając, aby pójść śladem towarzyszki. Było gorąco, woda przyjemnie chłodna i orzeźwiająca. Mogłaby przysiąc w tym momencie, że w życiu nie piła niczego lepszego, czując wyczerpanie, pragnienie i gorąc.
-ma to swój urok - zachichotała, sięgając wody. Delektując się jej chłodem i smakiem. Zerknęła w jej kierunku, gdy ta postanowiła wrócić na trawę jako pierwsza. Przykryła wieczko od beczki, podążając nieśpiesznie śladem przyjaciółki, na powrót rozsiadając się wygodnie na trawie. Nie pamiętała kiedy ostatnio przyszło jej się zmęczyć aż tak... pewnie w Norwegii, gdy piesze wędrówki po klifach należały do jej codzienności.
Słuchała opinii Travers na temat tego po co i do czego im woda. Pokiwała z wolna głową
-Ta... i pewnie te głosy uzyska - stwierdziła. Nie znała mężczyzny, ale zgadywała, że Faye ma rację. Po co innego byłaby ta woda? I chciałoby się przejąć, aby po całej akcji ta nie wylądowała spuszczona w ściekach, gdy tylko spełni swoją rolę i zapewni pożądany rozgłos, zbierając pochwały.
A jednak na to już nie miały wpływu, ich misja kończyła się w tym momencie. Co prawda mogłaby się irytować na to co stanie się później z zebraną wodą, aczkolwiek pewnie nigdy się nie dowie, a One same za swoją pracę otrzymają zapłatę. Zerknęła na przyjaciółkę.
-Masz rację... - zerknęła na nią. Czy mogły coś z tym zrobić? Raczej nie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto dołączy do tego cyrku. Pieniądze dawały możliwości, wiele możliwości. A sama Scarlett, mimo że nie była bogata, to nie czuła się wcale od nich lepsza, wiedząc że jest równie popsuta.
-Wiem - przytaknęła markotnie. Upierdliwe. Wszystko było upierdliwe. Słowa przyjaciółki również takie były, bo były prawdziwe. Ludzie nie zwykli przystanąć, aby zastanawiać się nad cierpieniem innych. W wiecznym pędzie każdy myśli o sobie, racjonalizując krzywdy bo te pod koniec dnia nie miały znaczenia, stawały się historią. Opowieścią jedną z wielu, jak te które przeżywała w Norwegii - Zanim przyjechałam do Londynu pracowałam w Norwegii przy duchach... - zerknęła na nią krótko, aby chwilę później przenieść wzrok w kierunku traw - Jestem egzorcystą i... wywoływaczką? - zaśmiała się krótko, nie bardzo wiedząc jak przetłumaczyć ostatnie słowo z norweskiego - Medium.. - mruknęła w zadumie.
- W tych historiach nigdy nie było szczęśliwego zakończenia, nie było na nie miejsca.. - przyznała ze smętnym uśmiechem, a jej wzrok zaległ na jednej z beczek. Pierwsze dwa miesiące zdawały się traumą, a po nich nastąpiła akceptacja, oswojenie się z brutalnością rzeczywistości, zezwierzęceniem ludzi. Wzięła głęboki wdech. Historie do których prowadziły krwawe ślady.
- blodige spor- powtórzyła niemal szeptem, przenosząc wzrok na własne buty. Zerknęła na Faye. Miała dobre serce, czyste, empatyczne, zupełnie niepasujące do realiów świata. A jednak posiadała też ducha walki i nieugięty charakter i Mulciber zgadywała, że to właśnie dlatego jej przyjaciółka jeszcze żyje, przez siłę, która od niej biła.
-Nic nam nie zostało jak tylko grać w tę grę... - wyznała, przenosząc na nią spojrzenie - To upierdliwe, wiem... - mruknęła, zatrzymując się w ciągu myślowym - Ale wiesz jak się gra w szachy... - jej wzrok powoli przeniósł się na niebo, powoli, nieśpiesznie - czasami trzeba poświęcić jakąś figurę...
Było to okrutne, ale prawdziwe. Pod koniec dnia, każdy wybierał siebie.
I ja też jestem złym człowiekiem, Faye Travers. Westchnęła bezgłośnie, wydobywając coś z kieszeni skórzanej torby.
Nie zasługuje na to, aby kroczyć przy twoim boku. Sięgnęła dłoni przyjaciółki, którą przysunęła ku sobie. Jestem zepsutym egoistą, którego nie da się naprawić. Obróciła jej dłoń wewnętrzną stroną ku górze. I gdybym miała wybierać między masą, a tobą. Rozchyliła jej palce. Wybrałabym Ciebie. I nie pożałowałabym ani przez chwilę swojej decyzji. Bo takim sposobem wybieram siebie i swoje dobro.
Nakreśliła na jej dłoni znak, po czym położyła na jej wierzchu bransoletkę. Bo twoje jedno życie jest ważniejsze, aniżeli ból tysiąca innych osób.
-Upierdliwe... - mruknęła z delikatnym uśmiechem. Dlatego... - wierzę w moc kamieni, mimo że to naiwne - wyznała z głupim uśmiechem. Nie różnię się niczym od tych, którymi w pewien sposób gardzisz.
Powoli zamknęła jej dłoń. Bransoletka na czerwonej nici przepleciona supełkami, szkarłat żyłki przysłaniały czarne turmaliny, którym przykazane było chronić posiadaczkę, różowy kwarc dla szczęścia w miłości, błękitne kamienie księżycowe dla harmonii emocjonalnej i intuicji oraz cytryn dla osiągnięcia sukcesu.
I chociaż nie dzieliły razem dekad, to te zdawały się dla Mulciber niepotrzebne. Miała wrażenie, jakby te znały się w poprzednim życiu, a w tym udało im się spotkać po raz kolejny, na nowo, zapominając o przeszłości, ale czując ślad więzi, kolor nici które wtedy musiały im towarzyszyć. Po raz kolejny ich drogi się skrzyżowały i nie potrzebowały ani czasu, ani słów, aby stać się sobie bliskie. Bo inaczej nazwać Travers nie mogła, była jej bliska, była członkiem rodziny którego wybrała sama.
Koniec sesji