29.06.2025, 16:06 ✶
Mulciber drgnęła, gdy dźwięk słów odbijał się echem w jej bębenkach słuchowych, a Ona sama z początku zdawała się pogubić. Zmarszczyła brwi, gdy przewidywanie zderzyło się z rzeczywistością. Nie tego się spodziewała, a jednak podczas potoku słów starała się, prócz ułożenia wszystkiego w głowie, odgadnąć sens. Silne kobiety. Białowłosa dama przyodziana w szkarłat taką była. Jej głos posiadał w sobie coś co Mulciber zapragnęła mieć. To nie była zwykła pewność siebie. Prawda była taka, że gdy jej babka mówiła nawet czas zdawał się zwolnić, starając się jej nie zawadzać. Słuchała, zastanawiając się do czego zmierza kobieta, bo to że do czegoś zmierzała nie budziło wątpliwości. Nie mówiąc o tym, że nie wyrzuciła jej jak zakładała jeszcze chwilę wcześniej blondynka. A więc ten wywiad nie miał skończyć się szukaniem kandydata na męża.
I wtedy wypowiedź kobiety powoli dobijała do przystani.
Staż. Kancelaria. Szansa.
Błękitne tęczówki połowicznie skryły się za kotarami z kruczoczarnych rzęs, gdy Scarlett starała się przetasować w głowie wszystkie za i przeciw. Była to niewątpliwie duża zmiana, zmiana kierunku, a jednak... może to dobrze?
Jej wzrok przesunął się na kokociny zalegające na stole, które jeszcze chwilę wcześniej poprawiała, aby te stały równo, aby nie zaburzały harmonii. W Mulciber zaczęło krążyć milion myśli. Czy ojciec byłby zły? Co prawda pozwalał jej zawsze podejmować własne wybory, a jednak zdawała sobie sprawę, że te wybory nie były blisko związane z częścią rodziny na którą ewidentnie miał alergię. A Ona, niczym wyrodna córka, chętnie podejmowała się tego typu interakcji. Ale to był jej własny wybór. Wybór pozbawiony bezsensownych uprzedzeń. Bo jej ta mała wojenka niechęci nie dotyczyła i nie miała zamiaru, aby czyjeś poglądy kreśliły palcem po obranych przez nią ścieżkach. Pod koniec dnia chodziło o jej przyszłość.
-Chętnie - rzuciła w końcu, przenosząc wzrok na swoją rozmówczynię - Chętnie podejmę to wyzwanie -doprecyzowała, zdając sobie sprawę z tego, że od teraz zacznie się prawdziwa gra. Bo jeśli ta podejmowała się czegoś to była gotowa się katować, bo nic poza wygraną nie wchodziło w grę. Jeśli się czegoś podejmowała to chciała być w tym najlepsza. I może... może laurka jaką przygotowała Philomena pomogła jej podjąć wybór, otworzyć oczy na ścieżki których ta nie brała wcześniej pod uwagę. Coś co sprawi, że będzie kimś. Coś co pomoże pogrzebać wstyd wybryków jej brata, bo ktoś w tej rodzinie musiał przynosić dumę, a jak na ironie padło na córkę.
No proszę, zostanę papugą - uśmiechnęła się do własnych myśli, przez moment rozważając reakcje najbliższych, a raczej oceniając czy i ile winna im powiedzieć na temat nowej drogi życiowej. Przed Baldwinem pewnie wysypie się ze wszystkiego, nie było potrzeby ukrywać niczego, bo ten nigdy nie poczuwał się do prawienia morałów czy krytykowania jej decyzji, nawet jeśli miał inne zdanie na wybrany temat.
Ojcu na razie nie miała zamiaru mówić nic, dopóki nie zagnieździ się w nowej rzeczywistości, a potem dawkować informację w zależności od pytań. A więc i bratu nie powinna zbyt wiele mówić, co prawda wierzyła w dyskretność, ale wiedziała dobrze, że ten jest niezwykle lojalny wobec ich rodzica.
-Nie zawiodę - dodała pewnym głosem. Dobre intencje należało filtrować trzykrotnie, dobrze o tym wiedziała. A jednak nawet jeśli ta propozycja miała drugie dno to dobrze było sięgnąć po to co los oferował, a raczej co oferowała szkarłatna dama.
Błękitne tęczówki przypatrywały się Philomenie, gdy dopytała o narzeczonego. Scarlett uśmiechnęła się delikatnie, nieco zakłopotana, a nieco zażenowana. Niezręcznie.
Gdyby wiedziała, że kobiecie nie chodziło o to, o co zazwyczaj chodzi wszystkim Mulciberom dookoła, to by nie wyskoczyła z tematem narzeczonego. Wiedziała, że zareagowała zbyt gwałtownie, acz zdawała sobie sprawę, że temat małżeństwa był dla niej dość drażliwym tematem, a każda wzmianka irytująco piekła.
-Trochę się zapędziłam... - przyznała mierzwiąc swoje włosy - Chłopak - doprecyzowała, zastanawiając się czy aby nie powinna jednak stać przy swoim. Jednakże wtedy pojawiały się inne obawy.
-Czystokrwisty młodzieniec z rodu Malfoy - przedstawiła go tak, aby powiedzieć o nim zarówno wszystko co i nic. To co ważne powiedziała, zaznaczyła rodowód i krew, coś co tłukło się jej do głowy całe życie. W tym momencie uświadomiła sobie również, że jej Prababka była pierwszą osobą z rodziny, której mówi o obecności Malfoya w swoim życiu. Nikt jeszcze nie wiedział o tym, że z kimś się spotyka, a jej na tą chwilę wygodnie było się z tego nie tłumaczyć, gdy sprawa była świeża i niepewna. Gdy była to zabawa, która miała skończyć się następnego dnia, a uparcie ciągnęła się tygodnie, stając się jej rutyną, a sam chłopak wsparciem.
Gdy wróciły tematem do Charliego, Scarlett skinęła głową.
- Niezbyt dobry... - wymruczała ostrożnie, zastanawiając się nad jej słowami. Takie wybryki miały to do siebie, że były niezwykle lepkie. Wiedziała, że o jej bracie zapomną za tydzień lub dwa, a pismaki będą używać tego jako narzędzie do umniejszania zasług lub wzmacniania wymyślonych przez siebie tez. A jednak nic nie mogli z tym zrobić, musieli czekać aż temat się wysyci, zbrzydnie, a jednocześnie tak jak mówiła starsza Mulciber, potrzebowali zasług przy których nie będzie się dało umniejszać nazwisku byle jaką kontrowersją, a wszelkie próby będą wypadać żałośnie.
-Jedynie... - powtórzyła jedno ze słów, które wyłowiła z monologu kobiety. Upierdliwe. Zaraz jednak na jej usta wpłynął uśmiech - wiele przed nami pracy, ale to dobrze... po trupach czy nie, będziemy w końcu wybrzmiewać należytym echem... - brzmiało to pięknie. Trudniej pewnie było z wykonaniem, jak zawsze w takich sytuacjach.
-Chociaż budowanie tego potrwa... - umilkła, zastanawiając się nad całością. Wiedziała, że w jej przypadku ciężko mówić o przyszłych możliwych zasługach, tym bardziej wielkich. Musiałaby pierw zbudować swoją markę osobistą, a przede wszystkim zacząć istnieć. Fakt był taki, że na ten moment niewiele znaczyła, a wręcz nie istniała. A jednak można było to zmienić. Nie, wróć. Należało to zmienić, aby dołożyć swoją cegiełkę.
I wtedy wypowiedź kobiety powoli dobijała do przystani.
Staż. Kancelaria. Szansa.
Błękitne tęczówki połowicznie skryły się za kotarami z kruczoczarnych rzęs, gdy Scarlett starała się przetasować w głowie wszystkie za i przeciw. Była to niewątpliwie duża zmiana, zmiana kierunku, a jednak... może to dobrze?
Jej wzrok przesunął się na kokociny zalegające na stole, które jeszcze chwilę wcześniej poprawiała, aby te stały równo, aby nie zaburzały harmonii. W Mulciber zaczęło krążyć milion myśli. Czy ojciec byłby zły? Co prawda pozwalał jej zawsze podejmować własne wybory, a jednak zdawała sobie sprawę, że te wybory nie były blisko związane z częścią rodziny na którą ewidentnie miał alergię. A Ona, niczym wyrodna córka, chętnie podejmowała się tego typu interakcji. Ale to był jej własny wybór. Wybór pozbawiony bezsensownych uprzedzeń. Bo jej ta mała wojenka niechęci nie dotyczyła i nie miała zamiaru, aby czyjeś poglądy kreśliły palcem po obranych przez nią ścieżkach. Pod koniec dnia chodziło o jej przyszłość.
-Chętnie - rzuciła w końcu, przenosząc wzrok na swoją rozmówczynię - Chętnie podejmę to wyzwanie -doprecyzowała, zdając sobie sprawę z tego, że od teraz zacznie się prawdziwa gra. Bo jeśli ta podejmowała się czegoś to była gotowa się katować, bo nic poza wygraną nie wchodziło w grę. Jeśli się czegoś podejmowała to chciała być w tym najlepsza. I może... może laurka jaką przygotowała Philomena pomogła jej podjąć wybór, otworzyć oczy na ścieżki których ta nie brała wcześniej pod uwagę. Coś co sprawi, że będzie kimś. Coś co pomoże pogrzebać wstyd wybryków jej brata, bo ktoś w tej rodzinie musiał przynosić dumę, a jak na ironie padło na córkę.
No proszę, zostanę papugą - uśmiechnęła się do własnych myśli, przez moment rozważając reakcje najbliższych, a raczej oceniając czy i ile winna im powiedzieć na temat nowej drogi życiowej. Przed Baldwinem pewnie wysypie się ze wszystkiego, nie było potrzeby ukrywać niczego, bo ten nigdy nie poczuwał się do prawienia morałów czy krytykowania jej decyzji, nawet jeśli miał inne zdanie na wybrany temat.
Ojcu na razie nie miała zamiaru mówić nic, dopóki nie zagnieździ się w nowej rzeczywistości, a potem dawkować informację w zależności od pytań. A więc i bratu nie powinna zbyt wiele mówić, co prawda wierzyła w dyskretność, ale wiedziała dobrze, że ten jest niezwykle lojalny wobec ich rodzica.
-Nie zawiodę - dodała pewnym głosem. Dobre intencje należało filtrować trzykrotnie, dobrze o tym wiedziała. A jednak nawet jeśli ta propozycja miała drugie dno to dobrze było sięgnąć po to co los oferował, a raczej co oferowała szkarłatna dama.
Błękitne tęczówki przypatrywały się Philomenie, gdy dopytała o narzeczonego. Scarlett uśmiechnęła się delikatnie, nieco zakłopotana, a nieco zażenowana. Niezręcznie.
Gdyby wiedziała, że kobiecie nie chodziło o to, o co zazwyczaj chodzi wszystkim Mulciberom dookoła, to by nie wyskoczyła z tematem narzeczonego. Wiedziała, że zareagowała zbyt gwałtownie, acz zdawała sobie sprawę, że temat małżeństwa był dla niej dość drażliwym tematem, a każda wzmianka irytująco piekła.
-Trochę się zapędziłam... - przyznała mierzwiąc swoje włosy - Chłopak - doprecyzowała, zastanawiając się czy aby nie powinna jednak stać przy swoim. Jednakże wtedy pojawiały się inne obawy.
-Czystokrwisty młodzieniec z rodu Malfoy - przedstawiła go tak, aby powiedzieć o nim zarówno wszystko co i nic. To co ważne powiedziała, zaznaczyła rodowód i krew, coś co tłukło się jej do głowy całe życie. W tym momencie uświadomiła sobie również, że jej Prababka była pierwszą osobą z rodziny, której mówi o obecności Malfoya w swoim życiu. Nikt jeszcze nie wiedział o tym, że z kimś się spotyka, a jej na tą chwilę wygodnie było się z tego nie tłumaczyć, gdy sprawa była świeża i niepewna. Gdy była to zabawa, która miała skończyć się następnego dnia, a uparcie ciągnęła się tygodnie, stając się jej rutyną, a sam chłopak wsparciem.
Gdy wróciły tematem do Charliego, Scarlett skinęła głową.
- Niezbyt dobry... - wymruczała ostrożnie, zastanawiając się nad jej słowami. Takie wybryki miały to do siebie, że były niezwykle lepkie. Wiedziała, że o jej bracie zapomną za tydzień lub dwa, a pismaki będą używać tego jako narzędzie do umniejszania zasług lub wzmacniania wymyślonych przez siebie tez. A jednak nic nie mogli z tym zrobić, musieli czekać aż temat się wysyci, zbrzydnie, a jednocześnie tak jak mówiła starsza Mulciber, potrzebowali zasług przy których nie będzie się dało umniejszać nazwisku byle jaką kontrowersją, a wszelkie próby będą wypadać żałośnie.
-Jedynie... - powtórzyła jedno ze słów, które wyłowiła z monologu kobiety. Upierdliwe. Zaraz jednak na jej usta wpłynął uśmiech - wiele przed nami pracy, ale to dobrze... po trupach czy nie, będziemy w końcu wybrzmiewać należytym echem... - brzmiało to pięknie. Trudniej pewnie było z wykonaniem, jak zawsze w takich sytuacjach.
-Chociaż budowanie tego potrwa... - umilkła, zastanawiając się nad całością. Wiedziała, że w jej przypadku ciężko mówić o przyszłych możliwych zasługach, tym bardziej wielkich. Musiałaby pierw zbudować swoją markę osobistą, a przede wszystkim zacząć istnieć. Fakt był taki, że na ten moment niewiele znaczyła, a wręcz nie istniała. A jednak można było to zmienić. Nie, wróć. Należało to zmienić, aby dołożyć swoją cegiełkę.