30.06.2025, 08:14 ✶
– W porządku, nie będę. Działamy razem – ustąpiła Brenna. Czy lubiła wykorzystywać cudze pieniądze? Niezbyt. Ale jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że sama jedna nie sfinansuje wszystkich potrzeb i że nie powinna: nie, kiedy monety były tym, co mogli wnieść także inni. – Udało się wam doprowadzić do porządku wasze mieszkanie? – spytała, idąc przed siebie: rzeczywiście wolniej niż zwykle, bo na ogół Brenna poruszała się szybkim tempem, stawiając długie kroki.
Ledwo przekroczyły żywopłot, otoczyły ich rośliny, rozmieszczając się wokół z prędkością błyskawicy i głośnym szelestem gałązek. Brenna niemal w tej samej chwili wypuściła z dłoni pudełko i uniosła za różdżkę, próbując otoczyć je ochronną tarczą. Odruchowo obróciła się przy tym tak, by stanąć plecami do Heather i zyskać szerszy zasięg widzenia.
Ale nikt ich nie zaatakował. Nie nadleciały żadne zaklęcia. Otaczał je teraz żywopłot, tak wysoki, że stały w głębokim cieniu i Brenna musiała zadrzeć głowę, aby zobaczyć skrawek nieba.
- Co do licha... - mruknęła, trochę już spokojniejsza, ale jeszcze wcale nie uspokojona zupełnie. Przez moment stała jeszcze w miejscu, czekając, czy coś się stanie, ale nie wyłapała żadnego ruchu, żadnych odgłosów, niczego, co świadczyłoby o tym, że są w niebezpieczeństwie.
Za nimi, tam gdzie przed chwilą znajdował się łuk, przez który przeszły, wznosiła się jednolita, ciemnozielona ściana. Brenna przykucnęła, podniosła kamyczek i rzuciła nim w roślinność, ale żywopłot nijak "nie zareagował". Może było to głupie, ale po tym, co rośliny wyprawiały latem i spotkaniu z morderczymi stokrotkami u boku Olivii Brenna wcale nie była pewna, czy ten żywopłot nie postanowi ich nagle pożreć.
– Kiedy myślę, że już nic mnie nie zaskoczy, świat lubi mi udowadniać, że jednak ma jeszcze parę niespodzianek w zanadrzu – oceniła w końcu, zerkając na Heather. – Różdżka w dłoń i… hm… obserwuj zieleninę, czy na przykład nie spróbuje mnie udusić, jak tamte drzewa, gdy zrobię parę kroków do przodu – rzuciła do młodszej Brygadzistki, po czym podniosła to pudełko i powoli, z różdżką wyciągniętą przed siebie, ruszyła żywopłotowym korytarzem. Brenna naczytała się dostatecznie wielu książek, aby wyobraźnia podsuwała jej usłużnie obrazy potworów wyłaniających się zza rogu i niebezpiecznych pułapek. Gdy jednak dotarła do zakrętu, zobaczyła po prostu dwa kolejne korytarze, oba identyczne. – To chyba labirynt. Nie wiedziałam, że koło Hogsmeade są jakieś labirynty – powiedziała, na wszelki wypadek wyciągając z kieszeni landrynki. I tym razem pomyślała o Jasiu i Małgosi…
rozproszenie, na ochronną tarczę
percepcja, szukanie wyjścia
Ledwo przekroczyły żywopłot, otoczyły ich rośliny, rozmieszczając się wokół z prędkością błyskawicy i głośnym szelestem gałązek. Brenna niemal w tej samej chwili wypuściła z dłoni pudełko i uniosła za różdżkę, próbując otoczyć je ochronną tarczą. Odruchowo obróciła się przy tym tak, by stanąć plecami do Heather i zyskać szerszy zasięg widzenia.
Ale nikt ich nie zaatakował. Nie nadleciały żadne zaklęcia. Otaczał je teraz żywopłot, tak wysoki, że stały w głębokim cieniu i Brenna musiała zadrzeć głowę, aby zobaczyć skrawek nieba.
- Co do licha... - mruknęła, trochę już spokojniejsza, ale jeszcze wcale nie uspokojona zupełnie. Przez moment stała jeszcze w miejscu, czekając, czy coś się stanie, ale nie wyłapała żadnego ruchu, żadnych odgłosów, niczego, co świadczyłoby o tym, że są w niebezpieczeństwie.
Za nimi, tam gdzie przed chwilą znajdował się łuk, przez który przeszły, wznosiła się jednolita, ciemnozielona ściana. Brenna przykucnęła, podniosła kamyczek i rzuciła nim w roślinność, ale żywopłot nijak "nie zareagował". Może było to głupie, ale po tym, co rośliny wyprawiały latem i spotkaniu z morderczymi stokrotkami u boku Olivii Brenna wcale nie była pewna, czy ten żywopłot nie postanowi ich nagle pożreć.
– Kiedy myślę, że już nic mnie nie zaskoczy, świat lubi mi udowadniać, że jednak ma jeszcze parę niespodzianek w zanadrzu – oceniła w końcu, zerkając na Heather. – Różdżka w dłoń i… hm… obserwuj zieleninę, czy na przykład nie spróbuje mnie udusić, jak tamte drzewa, gdy zrobię parę kroków do przodu – rzuciła do młodszej Brygadzistki, po czym podniosła to pudełko i powoli, z różdżką wyciągniętą przed siebie, ruszyła żywopłotowym korytarzem. Brenna naczytała się dostatecznie wielu książek, aby wyobraźnia podsuwała jej usłużnie obrazy potworów wyłaniających się zza rogu i niebezpiecznych pułapek. Gdy jednak dotarła do zakrętu, zobaczyła po prostu dwa kolejne korytarze, oba identyczne. – To chyba labirynt. Nie wiedziałam, że koło Hogsmeade są jakieś labirynty – powiedziała, na wszelki wypadek wyciągając z kieszeni landrynki. I tym razem pomyślała o Jasiu i Małgosi…
rozproszenie, na ochronną tarczę
Rzut Z 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana
percepcja, szukanie wyjścia
Rzut PO 1d100 - 72
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.