30.06.2025, 12:31 ✶
Za Samuelem nie trzeba było się rozglądać aż tak.
Nikt go nie wezwał, ale też nikt nie musiał go wzywać. Ostatecznie też w pewnym sensie był domownikiem - nawet jeśli nie mieszkał w głównym domostwie, to zajmował przecież domek ogrodnika. Czas przeszły był jak najbardziej zasadny - domek, podobnie jak ogród były w opłakanym stanie, podobnie z resztą jak jego stawiany w pocie czoła warsztat. Teraz to wszystko wydawało mu się próżną próbą, jałowym udawaniem czegoś, co nie było możliwe. Urodził się w Kniei i należał do niej i choć - dzięki bogom - nie zamierzał obwiniać się za pożar, tak więzy, liny skręcone dłońmi ludzi, które przywiązywały go do nich i ciągnęły w stronę cywilizacji mocno zostały nadszarpnięte przez tą sytuację.
Spalone...
Gdzieś jednak swoiste poczucie obowiązku przynależało do jego charakteru, podobnie jak oddanie wobec przyjaciół, zwłaszcza tych którzy byli jego przyjaciółmi na długo przed rozdarciem świata. Chłopiec z Kniei. Dziewczynka z Doliny. Zwykle to ona wchodziła w jego świat i dostosowywała się doń przywdziewając wilczą skórę. Potem on został zmuszony do rewanżu. Teraz nikt go nie zmuszał, gdy pojawił się w Warowni oszacować straty. Oczywiście, chodziło też o jego warsztat, który teraz nie nadawał się do czegokolwiek, ale też o ogród, o zagonek, który ledwie miesiąc temu nadszarpnął swoją klątwą żywiołów, o owocowe drzewa, na które z taką ochotą wspinała się Mabel. Nie miał odwagi podejść do głównej siedziby, sczerniałej, zionącej dziurami i klątwą mrożącą krew w żyłach, które nie mogły przecież się bać, jeśli miały być skuteczne.
Zamiast tego Samuel w swoich roboczych ubraniach oddał się temu, w czym odnajdywał się najbardziej - dobrej, wysłużonej fizycznej pracy. Przeszedł ogród wzdłuż i wszerz, na kawałku papieru nabazgrał plan. Wciąż był ogrodnikiem, mimo że większość jego podopiecznych została zwęglona. Może powinien się zameldować, może powinien dać znać że jest cały i zdrów, gotowy do dalszej pracy. Może powinien kogokolwiek zapytać, czy ta praca jest od niego oczekiwana i mile widziana. Nie wiedział o tym, a potrzebował czymś zająć ręce. To pomagało nie myśleć zbytnio.
Dlatego teraz ukształtowaną przez siebie taczką jeździł po obejściu i zbierał co cenniejsze znaleziska, resztę zagrabiając na kupy popiołu i zwęglonych szczątków. Metodycznie, kwadrat po kwadracie, aby zrobić miejsce dla nowego życia, dla ogrodu, który znów będzie miał szansę rozkwitnąć.
Tak też się stało, że znalazł się bliżej Warowni. Początkowo nie zauważył Brenny, w końcu jednak dostrzegł ją i na moment tylko zmarszczył czoło, gubiąc wątek w tym co powinien a czego nie powiedzieć. Straciła dom tak jak on go stracił przed miesiącami. Na takie sytuacje nie było słów.
Westchnął i podszedł do niej, wycierając w brudną ścierę brudne ręce.
– Pomożesz mi z domkiem? Trzeba go rozebrać, bo nic już z niego nie będzie. – zapytał zamiast powitania.
Nikt go nie wezwał, ale też nikt nie musiał go wzywać. Ostatecznie też w pewnym sensie był domownikiem - nawet jeśli nie mieszkał w głównym domostwie, to zajmował przecież domek ogrodnika. Czas przeszły był jak najbardziej zasadny - domek, podobnie jak ogród były w opłakanym stanie, podobnie z resztą jak jego stawiany w pocie czoła warsztat. Teraz to wszystko wydawało mu się próżną próbą, jałowym udawaniem czegoś, co nie było możliwe. Urodził się w Kniei i należał do niej i choć - dzięki bogom - nie zamierzał obwiniać się za pożar, tak więzy, liny skręcone dłońmi ludzi, które przywiązywały go do nich i ciągnęły w stronę cywilizacji mocno zostały nadszarpnięte przez tą sytuację.
Spalone...
Gdzieś jednak swoiste poczucie obowiązku przynależało do jego charakteru, podobnie jak oddanie wobec przyjaciół, zwłaszcza tych którzy byli jego przyjaciółmi na długo przed rozdarciem świata. Chłopiec z Kniei. Dziewczynka z Doliny. Zwykle to ona wchodziła w jego świat i dostosowywała się doń przywdziewając wilczą skórę. Potem on został zmuszony do rewanżu. Teraz nikt go nie zmuszał, gdy pojawił się w Warowni oszacować straty. Oczywiście, chodziło też o jego warsztat, który teraz nie nadawał się do czegokolwiek, ale też o ogród, o zagonek, który ledwie miesiąc temu nadszarpnął swoją klątwą żywiołów, o owocowe drzewa, na które z taką ochotą wspinała się Mabel. Nie miał odwagi podejść do głównej siedziby, sczerniałej, zionącej dziurami i klątwą mrożącą krew w żyłach, które nie mogły przecież się bać, jeśli miały być skuteczne.
Zamiast tego Samuel w swoich roboczych ubraniach oddał się temu, w czym odnajdywał się najbardziej - dobrej, wysłużonej fizycznej pracy. Przeszedł ogród wzdłuż i wszerz, na kawałku papieru nabazgrał plan. Wciąż był ogrodnikiem, mimo że większość jego podopiecznych została zwęglona. Może powinien się zameldować, może powinien dać znać że jest cały i zdrów, gotowy do dalszej pracy. Może powinien kogokolwiek zapytać, czy ta praca jest od niego oczekiwana i mile widziana. Nie wiedział o tym, a potrzebował czymś zająć ręce. To pomagało nie myśleć zbytnio.
Dlatego teraz ukształtowaną przez siebie taczką jeździł po obejściu i zbierał co cenniejsze znaleziska, resztę zagrabiając na kupy popiołu i zwęglonych szczątków. Metodycznie, kwadrat po kwadracie, aby zrobić miejsce dla nowego życia, dla ogrodu, który znów będzie miał szansę rozkwitnąć.
Tak też się stało, że znalazł się bliżej Warowni. Początkowo nie zauważył Brenny, w końcu jednak dostrzegł ją i na moment tylko zmarszczył czoło, gubiąc wątek w tym co powinien a czego nie powiedzieć. Straciła dom tak jak on go stracił przed miesiącami. Na takie sytuacje nie było słów.
Westchnął i podszedł do niej, wycierając w brudną ścierę brudne ręce.
– Pomożesz mi z domkiem? Trzeba go rozebrać, bo nic już z niego nie będzie. – zapytał zamiast powitania.
Zawada: Skrzat półkrwi oraz Poza schematem