Cornelius obserwował, jak Ambroise, w pełni zrozumiawszy ciężar jego słów, zaciska wargi, wyraźnie wpadając w gniew, w ten rodzaj frustracji, który nie tylko rozświetlał oczy, ale też wyostrzał rysy twarzy. Nie musiał mówić nic więcej, to w zupełności wystarczyło, żeby jego przyjaciel powziął kroki w celu wyładowania rozgoryczenia, wściekłości, frustracji, biorąc się do dzieła. Obserwował, jak z każdym krokiem Ambroise’a w stronę jeziora, gdzie uprzednio rzucane zaklęcie wykształtowało wodną powierzchnię, akwen zaczyna powoli rozpraszać się w powietrzu, rozpływając się niczym mgła znikająca wraz pierwszymi promieniami porannego słońca.
Lestrange patrzył na to wszystko ze stopniowo zwiększającym się dystansem, ale i z narastającym poczuciem, że tego wieczoru więcej stracił niż zyskał. Mimo to, w tym zmęczeniu i rozdrażnieniu, nie było ani cienia żalu, była tylko chłodna ocena faktów i decyzja, że nie zamierzał pozwolić, by ktoś jeszcze naruszył ten dom i tę przestrzeń bez konsekwencji. Ten spokój, nawet jeśli teraz ledwo uchwytny, był dla niego cenniejszy niż jakiekolwiek pozory lojalności wobec ludzi, którzy nie potrafili uszanować granic.
Patrzył jeszcze przez moment na Roise’a, który, wyraźnie wkurwiony, odchodził coraz dalej, koncentrując się na rozpraszaniu zaklęcia, jakby ten rytuał mógł choć trochę rozładować napięcie, które nagromadziło się przez ostatnie wydarzenia. Dla Corio było jasne, że nie chodziło tylko o magiczną powierzchnię jeziora, ale o coś znacznie głębszego, o granice cierpliwości, o zaufanie, o to, co znaczyło być w tej grupie i mieć świadomość, że każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje. O coś, co rozumieli wszyscy, prócz Romulusa. I dlatego Potter musiał odejść, Lestrange nie chciał się już angażować w kolejne spięcia, nie miał siły na kolejne dramaty, a jedyne, czego pragnął, to chwila ciszy i możliwość spojrzenia na świat bez ciężaru tego wszystkiego, co wydarzyło się tego wieczoru.
Sam nie do końca wylewając frustrację na zewnątrz, choć wewnętrznie poirytowany do granic możliwości, uniósł delikatnie brew, spoglądając na Geraldine, stojącą przy stole. Skrzaty, które wcześniej zajmowały się wsparciem w organizacji przyjęcia, wyniosły Pottera na werandę i wróciły, krzątały się w tle, dyskretnie zabierając resztki śladów nieudanej celebracji, któryś z nich zajął się także zgaszeniem ognia, nawet o to nie pytając, tylko robiąc to w milczeniu. To była cisza, której Lestrange tak bardzo potrzebował, i choć atmosfera wciąż była napięta, przynajmniej płomień ogniska nie płonął już niepotrzebnie. Rzucił jeszcze raz kątem oka na Yaxley, która stała niedaleko, obserwując całe zamieszanie. Wzdrygnął się lekko, unosząc brew i wypowiadając w jej stronę zdawkowe:
- Jeśli będziesz tak miła, chętnie skorzystam z twojej pomocy przy pozbywaniu się jeziora i plaży. - Stwierdził spokojnie, podczas, gdy myślach przewinęły mu się wszystkie niedoskonałości tego wieczoru, jak i wszystko to, co zostało powiedziane, zrobione i pominięte, ale starał się nie pozwolić, by te myśli zatruły mu spokój. W końcu, choć irytacja i zażenowanie nadal siedziały głęboko w nim, Lestrange miał w sobie tę cechę, która pozwalała mu z dystansem spojrzeć na własne emocje i, chociaż z trudem, pozwolić im odejść na bok, robiąc miejsce dla działania. Cornelius wziął kolejny łyk alkoholu, zanim ruszył do pracy nad pozbyciem się palm tropikalnych z ogródka, cisza wokół nich nastała, a on sam poczuł, że na tę chwilę to wszystko musiało wystarczyć. Wieczór, chociaż krótki, dobiegał końca i nie było nic, co mogłoby to zmienić.