01.07.2025, 12:55 ✶
Uśmiechnąłem się na słowa Benka o tym, że wcale nie obiecał ładnej kaligrafii. Cóż, mogłem się bez tego obyć, ale taka wypalona dziara... Mogła się przydać, szczególnie tak permanentnie paląca, gdy władzę nade mną przejmowała Bestia. Przydałoby się jej naglące przypomnienie, ale zapewne dziara na tyłku wcale nie miała pomóc. Głupi żart. Temat dupy zawsze bawił...? Pewnie niejeden uznałby to za mało dojrzałe, ale... Byłem w tym temacie tylko z Benkiem. Czułem się z tym swobodnie, póki nie zaczął się ten mały armagedon.
Niby Benek uspokajał, że to takie typowe... Tylko dosyć szybko przestało być typowe, kiedy sam się poderwał do interwencji. Próbowałem załapać, o co chodzi. Nie bardzo znałem tych wszystkich ludzi. To byli przyjaciele Geraldine, ale zdawałem obie sprawę z tego, że ten koleś, co przed chwilą lewitował, miał jakieś pretensje do Prudence - dziewczyny, która wypuściła mnie z piwnicy i tu przyprowadziła. Zdążyłem ją polubić, bo zrobiła to w absolutnej ciszy, naturalnie, nie wypytując o wampiryzm, o samopoczucie i inne badziewia, ani też nie będąc uprzedzoną. Zrobiło mi się jej żal, że ktoś tak bardzo jej tu nie chciał. Super, że Benek postanowił coś z tym zrobić. Sam nie byłem raczej odpowiednią osobą do ingerowania w cokolwiek. Byłem tu obcym i byłem też drapieżnikiem. Próbowałem zachować neutralność, ale kiedy pojawiło się zagrożenie względem Benka, wstałem ze swojego miejsca, chcąc coś zrobić. Pierwsza myśl to było rozszarpanie, ale zawahałem się na sekundę, a wtedy ktoś inny przejął pałeczkę, więc pozostawałem biernym obserwatorem, aczkolwiek spiętym i uważnie spijającym kolejne sekundy zdarzenia.
Nie podobało mi się, że całość skierowana była w te nieliczną cześć towarzystwa, którą zdążyłem polubić. Chciałem pomóc Benkowi i Prudence, ale świetnie sobie radzili, więc stałem, zapominając o papierosie, który wypalał się w mojej dłoni.
Byli wszyscy zsynchronizowani. Tak szybko jak się wszystko zaczęło, tak szybko również się kończyło, ale...
- Czy ktoś nie powinien się zająć nim... nią...? - zapytałem, wskazując na chłopaka, który wcześniej siedział z Prudence na hamaku, a teraz właściwie wyglądał jak Prudence, ale czułem, że nią nie jest. Sam pewnie bym się zbliżył i próbował pomóc, ale nie byłem pewien, czy mój chodny dotyk na jego karku by pomógł czy raczej bardziej pogorszył sytuację. - Roise, może ja dokończę z Ger rozpraszanie... - zaproponowałem, bo nie byłem pewny, czy ktokolwiek z Yaxleyów był odpowiedni do czegoś tak delikatnego jak pocieszanie. Ale też nie chciałem nikim dyrygować. Ani pogarszać sytuacji.
Niby Benek uspokajał, że to takie typowe... Tylko dosyć szybko przestało być typowe, kiedy sam się poderwał do interwencji. Próbowałem załapać, o co chodzi. Nie bardzo znałem tych wszystkich ludzi. To byli przyjaciele Geraldine, ale zdawałem obie sprawę z tego, że ten koleś, co przed chwilą lewitował, miał jakieś pretensje do Prudence - dziewczyny, która wypuściła mnie z piwnicy i tu przyprowadziła. Zdążyłem ją polubić, bo zrobiła to w absolutnej ciszy, naturalnie, nie wypytując o wampiryzm, o samopoczucie i inne badziewia, ani też nie będąc uprzedzoną. Zrobiło mi się jej żal, że ktoś tak bardzo jej tu nie chciał. Super, że Benek postanowił coś z tym zrobić. Sam nie byłem raczej odpowiednią osobą do ingerowania w cokolwiek. Byłem tu obcym i byłem też drapieżnikiem. Próbowałem zachować neutralność, ale kiedy pojawiło się zagrożenie względem Benka, wstałem ze swojego miejsca, chcąc coś zrobić. Pierwsza myśl to było rozszarpanie, ale zawahałem się na sekundę, a wtedy ktoś inny przejął pałeczkę, więc pozostawałem biernym obserwatorem, aczkolwiek spiętym i uważnie spijającym kolejne sekundy zdarzenia.
Nie podobało mi się, że całość skierowana była w te nieliczną cześć towarzystwa, którą zdążyłem polubić. Chciałem pomóc Benkowi i Prudence, ale świetnie sobie radzili, więc stałem, zapominając o papierosie, który wypalał się w mojej dłoni.
Byli wszyscy zsynchronizowani. Tak szybko jak się wszystko zaczęło, tak szybko również się kończyło, ale...
- Czy ktoś nie powinien się zająć nim... nią...? - zapytałem, wskazując na chłopaka, który wcześniej siedział z Prudence na hamaku, a teraz właściwie wyglądał jak Prudence, ale czułem, że nią nie jest. Sam pewnie bym się zbliżył i próbował pomóc, ale nie byłem pewien, czy mój chodny dotyk na jego karku by pomógł czy raczej bardziej pogorszył sytuację. - Roise, może ja dokończę z Ger rozpraszanie... - zaproponowałem, bo nie byłem pewny, czy ktokolwiek z Yaxleyów był odpowiedni do czegoś tak delikatnego jak pocieszanie. Ale też nie chciałem nikim dyrygować. Ani pogarszać sytuacji.