12.02.2023, 03:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2023, 03:56 przez William Lestrange.)
Miał kompletny bałagan w głowie, jeżeli chodziło o zatrudnianie kogokolwiek jako asystenta. Szczerze nie wyobrażał sobie swojej współpracy z kimkolwiek, chyba, że dana osoba byłaby tak samo oddana nauce, aby mogli się zrozumieć. Z Castielem definitywnie mogłby pracować, może i by mieli sprzeczki od czasu do czasu, ale przynajmniej zależałoby im na osiagnięciu wspólnego calu. A szukać nieznajomej osoby, przeprowadzać rozmowę 'o pracę'? Nawet wizja tego przedsięwzięcia przyprawiała go o dreszcze.
Wydawało mu się też, że kompletnie zapomiał po co jest mu ten asystent. Mógł wyłowić jakieś pokłosie wspomnień z balu, gdy rozmawiali o tym z Florence, wpierw popijając wino, a potem tańcząc. Chyba chodziło o kwestię eliksiru - jego sprzedaży, oraz ogólnej organizacji pracy.
Podrapał się po policzku, w widocznym skrępowaniu świdrując spojrzeniem srebrne sztućce.
- Na to wychodzi - nie chciał marudzić, chociaż pierwszą myślą jaka przyszła mu do głowy była 'to by znaczyło, że musiałbym wychodzić częściej z domu lub nie zapominać o datach, co za męczący proces'; zatrzymał ją dla siebie, woląc nie myśleć nad tym, jaką odpowiedzią obdarzyłaby go Bulstrode.
- Chyba, ym, wypadałoby popytać znajomych lub współpracowników. Mogę zapytać Perseusa, albo kogoś z ministerstwa, kontaktują się czasami ze mną, jak chcą żebym spojrzał na ciała - wyjaśnił po krótce - Ktoś z polecenia chyba zawsze będzie lepszy niż strzał w ciemno. No i, w międzyczasie, postaram się napisać do Lupinów, mówiłaś, że ta dziewczyna, Klotylda? Nie, nie, to było na 'C', Celina? Carolina? Cecylia? Znalazłem niektóre z jej artykułów naukowych, mam wrażenie, że poza samym eliksirem na nocną marę, moglibyśmy sie dogadać w innych kwestiach - wyłożył swoje myśli, znów dość chaotycznie, ale zorientował się już, że ten fakt nie był dla rozmówczyni nazbyt trudny do zgryzienia, więc po prostu przestał się zastanawiać nad formą tego, co z siebie wyrzuca.
Pomyślał przez chwilę nad jej wypowiedzią o skrzatach domowych. Faktycznie, zazwyczaj nie wypadało pomagać tym, ktorzy tej pomocy nie chcieli, ba, nawet nie dało się pomóc tym, którzy pomoc odrzucali. Westchnął pod nosem, wyraźnie zmartwiony swoim własnym tokiem myślowym, bo temat skrzatow domowych był dla niego istotny, tak samo jak dłuzej skupił się na rebelii goblinów czy, chociażby kontaktach czarodziejów z centaurami, jak jeszcze był w Hogwarcie i 'liznął' te tematy. Od zawsze panowała w nich jedna tendencja - przede wszystkim czystokrwiste rody, chciałby podporządkować sobie wszystko i wszystkich, bez wyjątku. Aktualna sytuacja, głośny artykuł o Voldemorcie z zeszłego roku, to wszystko jakoś sie ze sobą zazębiało w głowie Willa, po prostu nie był jeszcze pewien do jakiego wniosku nalezało dość.
- Niby nie da się pomoc komuś, kto tej pomocy nie chce, ale wydaje mi się, że to ten sam dylemat, co przy ptakach wychowanych w niewoli. Nie wiedzą nawet jak piękna może być wolność i lot pośrod natury, bo całe życie spędzają w klatkach, karmione i doglądane. Nie znaczy to, że taka kolej rzeczy jest poprawna - wyjaśnił swój punkt widzenia i co mierzi go w całej sytuacji, a raczej postarał sie, bo w jego głowie obrazy układały się płynnie z myślami, gdy mówił słowa były nieposłuszne, plątały się ze sobą i nie brzmiały tak dobrze, jak powinny.
Przerwali dyskusje, aby pozwolić kelnerowi ułożyć potrawy na stole. Makaron parował przyjemnie, a gdy jego zapach dotarł do nozdrzy Williama, ten uświadomił sobie, że jest to pierwszy posiłek, który będzie dziś konsumował. Cóż, wrócił myślami do zatrudnienia asystenta, bo burczący żołądek definitywnie się tego domagał. Zanim jednak zdążył dobrze zająć się swoją potrawą, jego towarzyszka skupiła się na wnętrzu swojej torebki, a Lestrange'owi rzuciły się w oczy zielone warzywa, przypominające kształtem małe, kuliste zawiniątka na jej talerzu. Utkwił w nich spojrzenie, nagle czując się nieswojo. Przełknął ślinę, przesunąwszy kieliszek z winą w swoją stronę, jakby brokuły miały wstać z talerza, podejść do naczynia i próbować wypić jego zawartość.
Na bladą twarz wpłynął grymas, gdy mężczyznę oblał zimny pot - irracjonalny strach. Co jeżeli brukselki doszły już do tego punktu w rozwoju, że były świadome swojej sytuacji? Tego, że ktoś się zaraz w nie wgryzie i dokończą żywota w sokach trawiennych? Okropna śmierć.
Poruszył się niespokojnie, jakby chciał wstać od stołu, ale ostatecznie po prostu podniosł kieliszek do ust zwilżając je winem - wziął spore dwa łyki, czując gorzkość czerwonego alkoholu na podniebieniu.
- C-czy te brokuły są ugotowane? - zapytał, trochę lękliwie, jakby od tego miało zależeć ich życie. Jeżeli ktoś zafundował warzywom gorącą kąpiel, prawdopodobieństwo, że były świadome, było raczej małe. Przez to wszystko musiał trochę bardziej się spiąć, aby nie dać staremu nawykowi zająkiwania się na początku wypowiedzi, wpłynąć na kolejne słowa.
Przez to wszystko, nie zapytał nawet Bulstrode, dlaczego ta tak bardzo skupiła się na zawartości swojej torebki. Zresztą, nawet jeżeli nie czułby się niekomfortowo przez zielone, kuliste warzywa zagłady, to i tak nie wydało by mu się to aż tak istotne, w końcu mogła tam szukać wszystkiego - od lusterka, szminki, przez różdżkę po notatnik.
Wydawało mu się też, że kompletnie zapomiał po co jest mu ten asystent. Mógł wyłowić jakieś pokłosie wspomnień z balu, gdy rozmawiali o tym z Florence, wpierw popijając wino, a potem tańcząc. Chyba chodziło o kwestię eliksiru - jego sprzedaży, oraz ogólnej organizacji pracy.
Podrapał się po policzku, w widocznym skrępowaniu świdrując spojrzeniem srebrne sztućce.
- Na to wychodzi - nie chciał marudzić, chociaż pierwszą myślą jaka przyszła mu do głowy była 'to by znaczyło, że musiałbym wychodzić częściej z domu lub nie zapominać o datach, co za męczący proces'; zatrzymał ją dla siebie, woląc nie myśleć nad tym, jaką odpowiedzią obdarzyłaby go Bulstrode.
- Chyba, ym, wypadałoby popytać znajomych lub współpracowników. Mogę zapytać Perseusa, albo kogoś z ministerstwa, kontaktują się czasami ze mną, jak chcą żebym spojrzał na ciała - wyjaśnił po krótce - Ktoś z polecenia chyba zawsze będzie lepszy niż strzał w ciemno. No i, w międzyczasie, postaram się napisać do Lupinów, mówiłaś, że ta dziewczyna, Klotylda? Nie, nie, to było na 'C', Celina? Carolina? Cecylia? Znalazłem niektóre z jej artykułów naukowych, mam wrażenie, że poza samym eliksirem na nocną marę, moglibyśmy sie dogadać w innych kwestiach - wyłożył swoje myśli, znów dość chaotycznie, ale zorientował się już, że ten fakt nie był dla rozmówczyni nazbyt trudny do zgryzienia, więc po prostu przestał się zastanawiać nad formą tego, co z siebie wyrzuca.
Pomyślał przez chwilę nad jej wypowiedzią o skrzatach domowych. Faktycznie, zazwyczaj nie wypadało pomagać tym, ktorzy tej pomocy nie chcieli, ba, nawet nie dało się pomóc tym, którzy pomoc odrzucali. Westchnął pod nosem, wyraźnie zmartwiony swoim własnym tokiem myślowym, bo temat skrzatow domowych był dla niego istotny, tak samo jak dłuzej skupił się na rebelii goblinów czy, chociażby kontaktach czarodziejów z centaurami, jak jeszcze był w Hogwarcie i 'liznął' te tematy. Od zawsze panowała w nich jedna tendencja - przede wszystkim czystokrwiste rody, chciałby podporządkować sobie wszystko i wszystkich, bez wyjątku. Aktualna sytuacja, głośny artykuł o Voldemorcie z zeszłego roku, to wszystko jakoś sie ze sobą zazębiało w głowie Willa, po prostu nie był jeszcze pewien do jakiego wniosku nalezało dość.
- Niby nie da się pomoc komuś, kto tej pomocy nie chce, ale wydaje mi się, że to ten sam dylemat, co przy ptakach wychowanych w niewoli. Nie wiedzą nawet jak piękna może być wolność i lot pośrod natury, bo całe życie spędzają w klatkach, karmione i doglądane. Nie znaczy to, że taka kolej rzeczy jest poprawna - wyjaśnił swój punkt widzenia i co mierzi go w całej sytuacji, a raczej postarał sie, bo w jego głowie obrazy układały się płynnie z myślami, gdy mówił słowa były nieposłuszne, plątały się ze sobą i nie brzmiały tak dobrze, jak powinny.
Przerwali dyskusje, aby pozwolić kelnerowi ułożyć potrawy na stole. Makaron parował przyjemnie, a gdy jego zapach dotarł do nozdrzy Williama, ten uświadomił sobie, że jest to pierwszy posiłek, który będzie dziś konsumował. Cóż, wrócił myślami do zatrudnienia asystenta, bo burczący żołądek definitywnie się tego domagał. Zanim jednak zdążył dobrze zająć się swoją potrawą, jego towarzyszka skupiła się na wnętrzu swojej torebki, a Lestrange'owi rzuciły się w oczy zielone warzywa, przypominające kształtem małe, kuliste zawiniątka na jej talerzu. Utkwił w nich spojrzenie, nagle czując się nieswojo. Przełknął ślinę, przesunąwszy kieliszek z winą w swoją stronę, jakby brokuły miały wstać z talerza, podejść do naczynia i próbować wypić jego zawartość.
Na bladą twarz wpłynął grymas, gdy mężczyznę oblał zimny pot - irracjonalny strach. Co jeżeli brukselki doszły już do tego punktu w rozwoju, że były świadome swojej sytuacji? Tego, że ktoś się zaraz w nie wgryzie i dokończą żywota w sokach trawiennych? Okropna śmierć.
Poruszył się niespokojnie, jakby chciał wstać od stołu, ale ostatecznie po prostu podniosł kieliszek do ust zwilżając je winem - wziął spore dwa łyki, czując gorzkość czerwonego alkoholu na podniebieniu.
- C-czy te brokuły są ugotowane? - zapytał, trochę lękliwie, jakby od tego miało zależeć ich życie. Jeżeli ktoś zafundował warzywom gorącą kąpiel, prawdopodobieństwo, że były świadome, było raczej małe. Przez to wszystko musiał trochę bardziej się spiąć, aby nie dać staremu nawykowi zająkiwania się na początku wypowiedzi, wpłynąć na kolejne słowa.
Przez to wszystko, nie zapytał nawet Bulstrode, dlaczego ta tak bardzo skupiła się na zawartości swojej torebki. Zresztą, nawet jeżeli nie czułby się niekomfortowo przez zielone, kuliste warzywa zagłady, to i tak nie wydało by mu się to aż tak istotne, w końcu mogła tam szukać wszystkiego - od lusterka, szminki, przez różdżkę po notatnik.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated