01.07.2025, 21:26 ✶
Pobyt na wsi przysporzył Bletchleyowi tyle samo radości ile problemów: z jednej strony zdołał trochę odpocząć po horrorze jakim okazała się noc pożarów w Londynie, a z drugiej dręczył go wątpliwości. Zarówno te związane z losem jego bliskich, jak i tym, jak miał ruszyć z... pomocą w rozkręceniu lokalu na nowo. Nie żeby narzekali na brak zamówień. Gdyby nie chaos panujący dalej w mieście, pewnie szefostwo zaczęłoby się rozglądać za nowym szklarzem. Ludzie dobijali się drzwiami i oknami, żeby załatwić sobie w miarę szybki termin remontu po tym, jak połowę okien w magicznej dzielnicy trafił szlag. Ale sam lokal zdecydowanie mógł... Eliasz wzdrygnął się, gdy nagle usłyszał obok znajomy głos.
— Co... A hej! — Poklepał mocno Nicholasa po plecach w ramach powitania, pozwalając się nawet krótko objąć. — Tak, jakoś to wszystko przetrwałem. Względnie — próbował wytłumaczyć, szybko dochodząc jednak do wniosku, że tłumaczenie się z tego, czego doświadczył podczas Spalonej nie miało dużego sensu.
Po tamtej nocy chyba każda osoba obecna w mieście miała swój bagaż doświadczeń. Cieszył się z tego, że miał szansę zobaczyć znajomą twarz, jednak w tej chwili głowę zaprzątały mu dość poważne problemy. A jednak komentarz mężczyzny wybił go na moment z rytmu, co zasygnalizował dość jawnie, marszcząc mocno brwi. Wybornie?, powtórzył w myślach, próbując przetrawić te słowo.
Zdziwienie przekształciło jego rysy twarzy w minę zbliżoną do tej ukazywanej na co dzień raczej nie przez ludzi, a koty srające po nocach przy bocznym wyjściu z pracowni na tyłach lokalu. Przekrzywił lekko głowę w bok, przyglądając się koledze, aby zaraz omieść spojrzeniem wnętrze Alchemii. Czy on miał jakieś problemy ze wzrokiem? Nie było wybornie! To była katastrofa. Apokalipsa wręcz! Zwłaszcza dla kruchego bletchleyowego serca, które cierpiało na nerwice natręctw. Sprzątanie po Spalonej Nocy...
To była trauma. Metafizyka. Manifestacja chaosu i nieporządku w czystej postaci. Gdyby nie to, że trzymał się z daleka od kłopotów, to chyba pourywałby łby osobom, które były odpowiedzialne za straty poniesione przez lokal. Na Merlina, to niby było tylko jego miejsce pracy, ale przez te wszystkie miesiące zdążył przywiązać się do swojej pracowniczej rutyny. Miał klientów. Miał okazy z ekspozycji o które dbał. Miał projekty, które chciał zrealizować. A teraz? Eliasz wzruszył ciężko ramionami, rozglądając się na prawo i lewo.
— Jeśli mam być szczery, to pył był gorszy. A ludzie to już w ogóle... Do dupy — skomentował, krzywiąc się na wspomnienie napadu na sąsiadkę. Chrząknął parokrotnie, jakby dym ze Spalonej dalej łaskotał go w gardle. — Cóż, pomocy nie odmówię. Jakiś widzisz, jest tragedia. Chlew po prostu. Tylko stado świń tu wpuścić.
To nie był pierwszy dzień sprzątania w lokalu. Rzadcy goście mogliby nawet stwierdzić, że było tu całkiem czysto. Regały i półki zostały doprowadzone do stanu używalności, szklane eksponaty już cieszyły oczy, a okna zostały wymienione w trybie ekspresowym po tym, jak część z nich popękała lub została wybita przez wandali szukających fantów. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, żeby okraść pracownię z oprzyrządowania znajdującego się na zapleczu. W każdym razie: dla większości osób lokal był... w stanie używalności. Eliasz widział tutaj jednak mnóstwo uchybień pomimo tego, że ciskał chłoszczyść na wszystkie strony.
— Jak dobrze jesteś zapoznany z zaklęciami czyszczącymi?
— Co... A hej! — Poklepał mocno Nicholasa po plecach w ramach powitania, pozwalając się nawet krótko objąć. — Tak, jakoś to wszystko przetrwałem. Względnie — próbował wytłumaczyć, szybko dochodząc jednak do wniosku, że tłumaczenie się z tego, czego doświadczył podczas Spalonej nie miało dużego sensu.
Po tamtej nocy chyba każda osoba obecna w mieście miała swój bagaż doświadczeń. Cieszył się z tego, że miał szansę zobaczyć znajomą twarz, jednak w tej chwili głowę zaprzątały mu dość poważne problemy. A jednak komentarz mężczyzny wybił go na moment z rytmu, co zasygnalizował dość jawnie, marszcząc mocno brwi. Wybornie?, powtórzył w myślach, próbując przetrawić te słowo.
Zdziwienie przekształciło jego rysy twarzy w minę zbliżoną do tej ukazywanej na co dzień raczej nie przez ludzi, a koty srające po nocach przy bocznym wyjściu z pracowni na tyłach lokalu. Przekrzywił lekko głowę w bok, przyglądając się koledze, aby zaraz omieść spojrzeniem wnętrze Alchemii. Czy on miał jakieś problemy ze wzrokiem? Nie było wybornie! To była katastrofa. Apokalipsa wręcz! Zwłaszcza dla kruchego bletchleyowego serca, które cierpiało na nerwice natręctw. Sprzątanie po Spalonej Nocy...
To była trauma. Metafizyka. Manifestacja chaosu i nieporządku w czystej postaci. Gdyby nie to, że trzymał się z daleka od kłopotów, to chyba pourywałby łby osobom, które były odpowiedzialne za straty poniesione przez lokal. Na Merlina, to niby było tylko jego miejsce pracy, ale przez te wszystkie miesiące zdążył przywiązać się do swojej pracowniczej rutyny. Miał klientów. Miał okazy z ekspozycji o które dbał. Miał projekty, które chciał zrealizować. A teraz? Eliasz wzruszył ciężko ramionami, rozglądając się na prawo i lewo.
— Jeśli mam być szczery, to pył był gorszy. A ludzie to już w ogóle... Do dupy — skomentował, krzywiąc się na wspomnienie napadu na sąsiadkę. Chrząknął parokrotnie, jakby dym ze Spalonej dalej łaskotał go w gardle. — Cóż, pomocy nie odmówię. Jakiś widzisz, jest tragedia. Chlew po prostu. Tylko stado świń tu wpuścić.
To nie był pierwszy dzień sprzątania w lokalu. Rzadcy goście mogliby nawet stwierdzić, że było tu całkiem czysto. Regały i półki zostały doprowadzone do stanu używalności, szklane eksponaty już cieszyły oczy, a okna zostały wymienione w trybie ekspresowym po tym, jak część z nich popękała lub została wybita przez wandali szukających fantów. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, żeby okraść pracownię z oprzyrządowania znajdującego się na zapleczu. W każdym razie: dla większości osób lokal był... w stanie używalności. Eliasz widział tutaj jednak mnóstwo uchybień pomimo tego, że ciskał chłoszczyść na wszystkie strony.
— Jak dobrze jesteś zapoznany z zaklęciami czyszczącymi?