Cornelius kiwnął głową w stronę Geraldine, krótko, z wdzięcznością, wyraźnie do niej, nie w pustkę.
- Dzięki. - Powiedział cicho, ledwie słyszalnie, lecz z autentycznym uznaniem, nie siląc się już na kurtuazję, tylko oferując coś bliższego prawdzie niż zwykła grzeczność. Tego wieczoru, pełnego farsy, napięć i groteski, każdy gest dobrej woli wydawał się na wagę złota. Mężczyzna obserwował przez moment, jak Geraldine oddala się w stronę tafli jeziora, rozpraszając zaklęcia z wprawą i precyzją, która sugerowała, że doskonale wiedziała, co robiła. On sam natomiast odwrócił się powoli i zajął innymi czynnościami, kilkoma prostymi zaklęciami przywracając porządek w miejscu, które zaledwie godzinę wcześniej wyglądało jak Riwiera Francuska, a nie środek wrzosowiska. Corio mógłby to wszystko oddelegować skrzatom, ale był już na takim etapie irytacji, że musiał rozładować ją w czymkolwiek fizycznym, a porządkowanie czegokolwiek dawało złudne poczucie kontroli.
Lestrange szedł przez ogród wolno, nie spiesząc się już, nie mając na to siły ani potrzeby, aż w pewnym momencie zorientował się, że nieświadomie znowu znalazł się nieopodal Geraldine. Może to był jakiś instynkt, może zwyczajna potrzeba towarzystwa drugiego, rozsądnego człowieka, a może tylko przypadek. Corio zatrzymał się na chwilę, przelotnie spojrzał w stronę przeciwległego brzegu częściowo rozproszonego już jeziora, gdzie Ambroise, wyraźnie spięty, i wsłuchiwał się w coś, co mówił do niego Astaroth. Cornelius wiedział, że Roise nie był teraz dobrym rozmówcą, najpewniej każde słowo, które miało do niego paść, miało zostać odczytane opacznie, przefiltrowane przez złość i rozczarowanie. Greengrass wyglądał, jakby cały jego gniew, cała frustracja i rozczarowanie skupiły się teraz w linii zaciśniętej szczęki i w gestach, które nie pozostawiały wątpliwości - Roise był wściekły i miał do tego pełne prawo. Mężczyzna nie próbował się nawet oszukiwać, gdyby to jego plany legły w gruzach, on zostałby wystawiony przez przyjaciela, też miałby ochotę wyładować gniew w samotności.
Corio westchnął w duchu, nie dając tego po sobie poznać, i przeniósł wzrok z obu mężczyzn z powrotem na Geraldine, która nadal koncentrowała się na zaklęciach rozpraszających i porządkujących teren, przy czym odezwał się półgłosem, tonem tak spokojnym, jak tylko potrafił w danej chwili.
- Co z twoim bratem? - Zapytał, nie próbując nawet ukrywać, że pytanie nie wynikało wyłącznie z troski. - Jeśli potrzebujesz, mogę go odprowadzić do domu. I tak się tam zaraz wybieram. - Nie rozwijał, dlaczego złożył tę propozycję, nie musiał, oboje wiedzieli, że chodziło o spokój, bezpieczeństwo i… Tak, może też o fakt, że Astaroth był wampirem, a Cornelius, choć dotychczas nie okazywał tego otwarcie, miał bardzo określone zdanie na temat tego, kogo wpuszczał na teren domu, w którym mieszkał jego syn. Zaufanie miało swoje granice, a instynkt ojca jeszcze je usztywniał. Lestrange nie musiał tego mówić na głos, Geraldine była zbyt inteligentna, by tego nie zrozumieć.
Cornelius nie kłopotał się, by powiedzieć, czemu właściwie szedł do domu, nie wspomniał, że głównym powodem jego marszu w tamtym kierunku był fakt, że musiał upewnić się, że poza sypialnią przyjaciół, wszystko w posiadłości nadal stało na swoim miejscu, a jego syn spał spokojnie w łóżku i nie musiał konfrontować się z żadnym dorosłym, który nie potrafił się zachować. Nie rozwodził się nad tym, że chciałby zamknąć się w swojej sypialni, z dala od idiotów i ich histerii, gdy dowiedzą się o zostaniu wyrzuconymi z pokoju, rozgrywających się pod oknem jego letniej rezydencji. Nie musiał tego mówić, gdyby chciał, zrobiłby to ostro, celnie, jednym zdaniem, ale teraz nie miał siły.
Mężczyzna nie powiedział też, że nadal nie wiedział, w jakim właściwie trybie należało traktować obecność wampira na terenie domu. Tego wieczoru nie ufał już nikomu, z pełnym przekonaniem, a każda obecność, która wykraczała poza standardy jego normalnej gościnności, budziła niepokój, zresztą nie tylko, budziła także irytację, znużenie i tę ledwo skrywaną potrzebę ciszy, porządku oraz kontroli - między innymi nad zachowaniami ludzi i nieludzi, których gościł. Corio nie pozwoliłby, by choćby włos spadł Fabianowi z głowy, więc tak, jeśli trzeba, mógł odprowadzić Astarotha, a następnie upewnić się, że solidnie zamknął za nim drzwi.