02.07.2025, 12:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.07.2025, 15:15 przez Lorraine Malfoy.)
Londyn, 10 IX 1972 r.
Miły mój, Oleandrze,
Nie warto płakać nad rozlaną farbą. Budowanie osobistej mitologii wokół własnej osoby i twórczości to ważny element życia artysty, i, wbrew temu, co mówi tak wielu, nie tylko ze względów wizerunkowych. Nie, ja mówię o integralności. Wszystko należy osadzić w kontekście. Wylana farba, barwiąca czerwienią Twoje ubrania, przestaje być wylaną farbą. Staje się krwią, która pomazała Mesjasza muzyki, przelaną przecież nie na darmo... Nie ma nic ważniejszego od zabawy narracją. Złe, które nam się przydarza, zmienić możemy w coś pięknego. Przeistoczyć w legendę, dzięki której po latach usłyszymy w zacisznej loży filharmonii – gdzie grał będzie maestro Oleander Crouch z siwizną barwiącą skronie – że za młodu pobroczył własną krwią klawisze tego samego fortepianu, który teraz krwawi muzyką. Prawda przykryta kłamstwem, jak kolejną warstwą farby na obrazie, a może kłamstwo przykryte prawdą? Zapytaj Baldwina, on lepiej Ci to wyjaśni niż ja, bo ja przecież nie tworzę. Potrzeba być prawdziwym, aby tworzyć. On zrobi to tak, jak gdyby zrobił to poeta, a ja... Ja jestem tylko pianistką, mój miły Oleandrze. Wydaje mi się, jak gdyby te skromne szkice, którymi podzieliłam się z Tobą niecały miesiąc temu, były niczym więcej jak właśnie przypadkowym rozbryzgiem farby na partyturze! Ale nie mówmy o tym. A na razie pocieszeniem niech będzie to, że pięknie Ci we wszystkich odcieniach czerwieni. A ja, chociaż współczuję Ci, wolę dziękować Matce, że jesteś cały i zdrów. Rzeczy materialne lubią przypominać o swoim braku, ale są zaledwie przyzwyczajeniem, mrugnięciem oka od przychylnego losu. Ludzkie życie, choć nie mniej ulotne, jest dalece ważniejszym. Zaopiekuj się więc, proszę, Desmondem, bo posłałam do niego list, ale w swojej poczcie wciąż nie znajduję odpowiedzi od niego. Z ulgą przyjmuję wiadomość, że on również jest bezpieczny. Gdzie jesteście? Czy planujecie prędki powrót do Londynu? Jeżeli macie taką możliwość, zatrzymajcie się tam na dłużej, nad miastem jeszcze przez kilka dni będą unosiły się popioły. Ludzie przez to chorują. Brakuje jeszcze tego, żebyście i wy zaczęli kaszleć tak jak Baldwin. Słyszę go nawet z poziomu prosektorium, i już zaczynam wychodzić z siebie ze zmartwienia. Ale tak poza tym, wszystko jest w porządku. Nie dotknęło mnie przekleństwo szarej pościeli, jedynie czarny kir żałoby. Pochłania mnie bowiem organizacja kolejnych pogrzebów. Matka, w swej nieskończonej łasce, zdołała osłonić mój zakład przed najgorszym, bo chociaż w płomieniach stanęła witryna i sala wejściowa, Necronomicon przetrwał, a dzięki temu, mogę pracować. Wiesz, jak to jest z wilami... Trochę tak jak z kotami, które zawsze spadają na cztery łapy.
Całuję,
Lorraine