02.07.2025, 19:17 ✶
Gdyby miał serce, gdyby jego serce miało szansę bić... poczułby być może jego ukłucie, gdy dłoń Selwyna nie dotarła do włosów, do czoła, gdy poskąpił mu dotyku, za którym tak rozpaczliwie tęsknił.
Minęły lata, dekady w których jedyną szansą na poczucie ciała drugiej osoby, był mocny, drapieżny uścisk i zęby przegryzające tkankę. Spotkanie ograniczone do konsumpcji, pozbawione finezji, gustu i smaku, który wyrobił się z czasem. Bezmyślne pożywianie się. Teraz nie musiał zmiękczać grona, nie chciał przecież zwilżyć gardła słodkim sokiem ukrytym w miękkim miąższu. A może chciał? Nic tak dobrze nie dotleniało krwi jak podniecenie. Fakt, że mimo czasowej niedyspozycji chłopak wciąż pozwalał sobie na flirt, był kuszący.
Kusząco znajomy
– Miałbyś cały czas świata... – powtórzył miękko, przechodząc za nim do szeptu, jakby składał mu ofertę tu i teraz. Słowa jak echo odbijały się w czaszce. Czy gdyby Jonathan nie był najlepszym aktorem wśród polityków, tylko pełnym, czystokrwistym artystą, wtedy bardziej doceniłby jego ofertę? Czy sięgnąłby po nieśmiertelność, kiedy w grę wchodziłoby kształtowanie kariery wymagającej aktywności nade wszystko nocnej.
Czy wpadał w koleiny scenariusza, który wcześniej zakończył się tak sromotną porażką, kosztującą go absolutnie wszystko? Czy teraz miałby szansę, by ten scenariusz potoczył się inaczej? Czy był zdesperowany na tyle, by udawać, że Hannibal nosi na sobie inną twarz, ma w sobie inną duszę, by mimo wiedzy, że nie jest to inkarnacja byłego kochanka, tak właśnie go potraktować? Czy dwudziestolatek byłby w stanie udźwignąć miłość kogoś kto czas odmierzał wiekami?
Chłodna dłoń drgnęła, a potem przesunął ją by wierzchem palców pogładzić ciepłą skórę na dłoni swojego towarzysza, na pograniczu przyjemności i rozdrażnienia, sięgając linii rozchełstanego mankietu. Dopiero teraz do niego dotarło, że w powietrzu unosi się zapach krwi z rozcięcia na głowie. Dopiero teraz do niego dotarło, że jego zęby wciąż były wysunięte, gotowe, cierpliwe...
– Starzejesz się cały czas mon cheri... – wplatał odpowiedzi, dostrajając się do jego tonu, do gry w którą artysta próbował z nim grać. – Picie krwi jest banalnie proste, czosnek to mit ale słońce... – zmrużył błękitne ślepia i cyknął językiem o zęby w cichym westchnieniu – Praktyka unikania świtu pozostaje niezbędna, zima na zawsze staje się Twoim sprzymierzeńcem i ulubioną porą roku. – Dźwignął się nieco, odnajdując w końcu Hannibala jako ciekawszy widok niż sufit tego przeklętego teatru. Teatru, którego nigdy tak na prawdę nie lubił. To Jonathan nauczył go kochać to miejsce. I wszystko przypominało mu o nim, a najbardziej młokos siedzący tuż obok, na wyciągnięcie ręki...
Nawet nie wiedział kiedy sięgnął ku jego szyi. Powoli, łagodnie, z delikatnością, której wcześniej mu zabrakło. Przez ścięgno łączące ciało i głowę, przez kark do spoiwa szyi i czaszki, w górę przez włosy do siniaka, który z pewnością został mu tam nabity. Chłód był wciąż nienaturalny, ale kojący. Jak okład.
– Winien Ci jestem przeprosiny – wymruczał, wzrokiem śledząc raczej poczynania własnej dłoni, tę małą nielegalną wyprawę. Drugą ręką wspierał się w tym pół siadzie, pół leżeniu, biodro przy biodrze, myśląc o tym jak łatwo, jak banalnie byłoby się teraz zapomnieć, przykryć miękką kołdrą pragnienia wszystko to, co nie zgadzało się w tym obrazie.
– Chciałbym wiedzieć jak smakujesz... – przyznał cicho, ześlizgując się tym razem w okolice barku, w końcu jednak przymykając powieki, by dać uszom otulić się słodkiemu poszumowi emocji, które mogła wywołać bliskość drugiej istoty.
Minęły lata, dekady w których jedyną szansą na poczucie ciała drugiej osoby, był mocny, drapieżny uścisk i zęby przegryzające tkankę. Spotkanie ograniczone do konsumpcji, pozbawione finezji, gustu i smaku, który wyrobił się z czasem. Bezmyślne pożywianie się. Teraz nie musiał zmiękczać grona, nie chciał przecież zwilżyć gardła słodkim sokiem ukrytym w miękkim miąższu. A może chciał? Nic tak dobrze nie dotleniało krwi jak podniecenie. Fakt, że mimo czasowej niedyspozycji chłopak wciąż pozwalał sobie na flirt, był kuszący.
Kusząco znajomy
– Miałbyś cały czas świata... – powtórzył miękko, przechodząc za nim do szeptu, jakby składał mu ofertę tu i teraz. Słowa jak echo odbijały się w czaszce. Czy gdyby Jonathan nie był najlepszym aktorem wśród polityków, tylko pełnym, czystokrwistym artystą, wtedy bardziej doceniłby jego ofertę? Czy sięgnąłby po nieśmiertelność, kiedy w grę wchodziłoby kształtowanie kariery wymagającej aktywności nade wszystko nocnej.
Czy wpadał w koleiny scenariusza, który wcześniej zakończył się tak sromotną porażką, kosztującą go absolutnie wszystko? Czy teraz miałby szansę, by ten scenariusz potoczył się inaczej? Czy był zdesperowany na tyle, by udawać, że Hannibal nosi na sobie inną twarz, ma w sobie inną duszę, by mimo wiedzy, że nie jest to inkarnacja byłego kochanka, tak właśnie go potraktować? Czy dwudziestolatek byłby w stanie udźwignąć miłość kogoś kto czas odmierzał wiekami?
Chłodna dłoń drgnęła, a potem przesunął ją by wierzchem palców pogładzić ciepłą skórę na dłoni swojego towarzysza, na pograniczu przyjemności i rozdrażnienia, sięgając linii rozchełstanego mankietu. Dopiero teraz do niego dotarło, że w powietrzu unosi się zapach krwi z rozcięcia na głowie. Dopiero teraz do niego dotarło, że jego zęby wciąż były wysunięte, gotowe, cierpliwe...
– Starzejesz się cały czas mon cheri... – wplatał odpowiedzi, dostrajając się do jego tonu, do gry w którą artysta próbował z nim grać. – Picie krwi jest banalnie proste, czosnek to mit ale słońce... – zmrużył błękitne ślepia i cyknął językiem o zęby w cichym westchnieniu – Praktyka unikania świtu pozostaje niezbędna, zima na zawsze staje się Twoim sprzymierzeńcem i ulubioną porą roku. – Dźwignął się nieco, odnajdując w końcu Hannibala jako ciekawszy widok niż sufit tego przeklętego teatru. Teatru, którego nigdy tak na prawdę nie lubił. To Jonathan nauczył go kochać to miejsce. I wszystko przypominało mu o nim, a najbardziej młokos siedzący tuż obok, na wyciągnięcie ręki...
Nawet nie wiedział kiedy sięgnął ku jego szyi. Powoli, łagodnie, z delikatnością, której wcześniej mu zabrakło. Przez ścięgno łączące ciało i głowę, przez kark do spoiwa szyi i czaszki, w górę przez włosy do siniaka, który z pewnością został mu tam nabity. Chłód był wciąż nienaturalny, ale kojący. Jak okład.
– Winien Ci jestem przeprosiny – wymruczał, wzrokiem śledząc raczej poczynania własnej dłoni, tę małą nielegalną wyprawę. Drugą ręką wspierał się w tym pół siadzie, pół leżeniu, biodro przy biodrze, myśląc o tym jak łatwo, jak banalnie byłoby się teraz zapomnieć, przykryć miękką kołdrą pragnienia wszystko to, co nie zgadzało się w tym obrazie.
– Chciałbym wiedzieć jak smakujesz... – przyznał cicho, ześlizgując się tym razem w okolice barku, w końcu jednak przymykając powieki, by dać uszom otulić się słodkiemu poszumowi emocji, które mogła wywołać bliskość drugiej istoty.