03.07.2025, 12:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.07.2025, 12:14 przez Gabriel Montbel.)
– Nie wiem... doprawdy nie wiem, czemu zakładasz, że moja oferta nie jest poważna –
...a przecież byli na scenie, psychodrama toczyła się więc dalej, gdy Gabriel miał szansę znów poczuć ciężar poprzedniego imienia, wszak zmienił je dzisiejszej nocy. Mógł poprosić, mógł wymieniać ciche łańcuszki słów, które pragnął usłyszeć jeszcze raz, ostatni raz, szeptane wprost do ucha. Poprzednie imię, martwe imię, bez rozkazu, bez przygany, bez strachu i okrucieństwa w dystansie, który zabijał go każdą sekundą noc za nocą. Nie potrzebował nawet wiedzieć, że tuż pod nimi, gdzieś w garderobie młokosa znajduje się magiczna toaletka mogąca spełnić jego deliryczne marzenia. Senne, o ostrych jak brzytwa krańcach czekających by znów poranić jego przegnitą duszę. Nie żył od dawna, cierpiał od dawna, nie mogąc doleczyć się z obsesji trawiącej jego skołowany umysł. A dziś, z taką ochotą, z właściwą sobie słodyczą... Może właśnie tak to powinno działać z ludźmi, że gdy jedni się kończyli, przychodzili nowi, odpowiednio podobni, odpowiednio chętni, odpowiednio prości do ukształtowania? Może właśnie od tej oferty powinien zacząć te jedenaście lat temu, gdy zrozumiał że ten obrzydliwie zarozumiały zadufany ambasador jest jego ambasadorem. Byłbyś wspaniałym wampirem – powiedział mu kiedyś, a teraz mógł to powiedzieć jakiejś jego wersji. Młodszej wersji. Ładniejszej wersji. Zdolniejszej wersji. Spragnionej wrażeń wersji.
Wersji, której puls wyczuwał pod dłonią, galopujący, zapraszający bardziej nawet niż lśniące oczy, niż kilka prostych gestów świadczących o tym, że fascynacja w pełni wypełniła miejsce właściwe sobie, anektując przy okazji to przeznaczone dla instynktu samozachowawczego.
Tak było już przed chwilą i nie było to właściwe rozpoczęcie, tak mogło być i teraz, zrobione dobrze, słusznie, w dusznej aurze snu, z którego wampir będzie musiał się obudzić. Ale teraz, na moment, na ułamki sekund potrzebnych do tego, by krew natleniła się dobrze.
Co powinno być właściwym scenariuszem? Jonathan wykrwawiający się malowniczo na jego tarasie, z rozoraną klatką piersiową, resztkami sił deklamujący ostatnie słowa Kleopatry. Jak balsam słodkie, jak wietrzyka tchnienie, łagodne, miłe, jak… Niemal słyszał jego szept, wypełniony ciepłem, wypełniony wolą życia i słońca. Nienawidziłby każdego dnia, gdyby przyszłaby do niego ta myśl we Francji, ale teraz był tu, na deskach teatru, z życiem równie pięknym, równie żywym, z życiem słodszym niż miód.
Wyciągnął ku niemu chciwe ręce unosząc się tylko na tyle, by ułożyć młodzieńca na deskach i zawisnąć nad nim, twarz przy twarzy, ciało przy ciele. Nie lubił krwi wysyconej strachem. Ta doprawiona ekscytacją była zdecydowanie lepsza. Ta doprawiona miłością... zdawała się już nieosiągalną ambrozją, rzuconą daleko poza jego zasięg. Był potworem, a złożony obok młodzieniec bał się li tylko tego, że popełni blamaż mdlejąc na widok krwi. Bawił go. Rozczulał. Nie odwracał uwagi od bólu och nie, pozwalał się nim upajać, opadać w zapomnieniu marazmu osłodzonego nieoczekiwanym snem. Był tak podobny.
Był zupełnie inny.
Gabriel odgarnął zapodziane pasmo włosów z czoła leżącego chłopaka i złożył zimny pocałunek na jego czole, dłonią błądząc po odsłoniętym rozchełstaną koszulą ciele.
– Nie bój się. Zadbam o to, by ból był tylko ciekawym urozmaiceniem. Zadbam o to byś myślał o czymś zupełnie innym. Byś nawet nie zauważył tego momentu... – chłodny ślad, jak dotknięcie motylich skrzydeł, przeszło po skroni, przez krzywiznę ucha. – Jak mogłem kazać Ci odejść, jak mogłem nie ufać, że ktoś tak wyjątkowy jak Ty, byłby w stanie ukoić mój ból, położyć siebie jak plaster na moją zbolałą duszę... – szeptał zaklęcia nie sięgając nawet po magię, badając krzywizny i pragnienia Hannibala, uciekając myślami od nieudanych spotkań, od straconych szans. Tu i teraz, giął go w rękach jak rozgrzaną glinę, a jedno czego musiał pilnować, to kłów, aby wcześniej niż to konieczne nie dotknęły skóry, co tak lubił przed laty jego kochanek, który teraz nie był nawet w stanie na niego patrzeć. Może gdyby miał serce, to zabolałoby go na tę myśl, ale skupił się doświadczeniem kucharza, który nie pierwszy raz szykował dla siebie posiłek. Skupił się... Nie strach, nie... nie tym winna smakować krew obiecującego aktora i rzeczywiście każdy gest, każdy krok przybliżał go do bukietu aromatów, którego poszukiwał w czerwonej posoce mężczyzny. Jeszcze moment... chłodne wargi odciskały pocałunki na wygiętej szyi, miękki język szukał optymalnego miejsca...
...a przecież byli na scenie, psychodrama toczyła się więc dalej, gdy Gabriel miał szansę znów poczuć ciężar poprzedniego imienia, wszak zmienił je dzisiejszej nocy. Mógł poprosić, mógł wymieniać ciche łańcuszki słów, które pragnął usłyszeć jeszcze raz, ostatni raz, szeptane wprost do ucha. Poprzednie imię, martwe imię, bez rozkazu, bez przygany, bez strachu i okrucieństwa w dystansie, który zabijał go każdą sekundą noc za nocą. Nie potrzebował nawet wiedzieć, że tuż pod nimi, gdzieś w garderobie młokosa znajduje się magiczna toaletka mogąca spełnić jego deliryczne marzenia. Senne, o ostrych jak brzytwa krańcach czekających by znów poranić jego przegnitą duszę. Nie żył od dawna, cierpiał od dawna, nie mogąc doleczyć się z obsesji trawiącej jego skołowany umysł. A dziś, z taką ochotą, z właściwą sobie słodyczą... Może właśnie tak to powinno działać z ludźmi, że gdy jedni się kończyli, przychodzili nowi, odpowiednio podobni, odpowiednio chętni, odpowiednio prości do ukształtowania? Może właśnie od tej oferty powinien zacząć te jedenaście lat temu, gdy zrozumiał że ten obrzydliwie zarozumiały zadufany ambasador jest jego ambasadorem. Byłbyś wspaniałym wampirem – powiedział mu kiedyś, a teraz mógł to powiedzieć jakiejś jego wersji. Młodszej wersji. Ładniejszej wersji. Zdolniejszej wersji. Spragnionej wrażeń wersji.
Wersji, której puls wyczuwał pod dłonią, galopujący, zapraszający bardziej nawet niż lśniące oczy, niż kilka prostych gestów świadczących o tym, że fascynacja w pełni wypełniła miejsce właściwe sobie, anektując przy okazji to przeznaczone dla instynktu samozachowawczego.
Tak było już przed chwilą i nie było to właściwe rozpoczęcie, tak mogło być i teraz, zrobione dobrze, słusznie, w dusznej aurze snu, z którego wampir będzie musiał się obudzić. Ale teraz, na moment, na ułamki sekund potrzebnych do tego, by krew natleniła się dobrze.
Co powinno być właściwym scenariuszem? Jonathan wykrwawiający się malowniczo na jego tarasie, z rozoraną klatką piersiową, resztkami sił deklamujący ostatnie słowa Kleopatry. Jak balsam słodkie, jak wietrzyka tchnienie, łagodne, miłe, jak… Niemal słyszał jego szept, wypełniony ciepłem, wypełniony wolą życia i słońca. Nienawidziłby każdego dnia, gdyby przyszłaby do niego ta myśl we Francji, ale teraz był tu, na deskach teatru, z życiem równie pięknym, równie żywym, z życiem słodszym niż miód.
Wyciągnął ku niemu chciwe ręce unosząc się tylko na tyle, by ułożyć młodzieńca na deskach i zawisnąć nad nim, twarz przy twarzy, ciało przy ciele. Nie lubił krwi wysyconej strachem. Ta doprawiona ekscytacją była zdecydowanie lepsza. Ta doprawiona miłością... zdawała się już nieosiągalną ambrozją, rzuconą daleko poza jego zasięg. Był potworem, a złożony obok młodzieniec bał się li tylko tego, że popełni blamaż mdlejąc na widok krwi. Bawił go. Rozczulał. Nie odwracał uwagi od bólu och nie, pozwalał się nim upajać, opadać w zapomnieniu marazmu osłodzonego nieoczekiwanym snem. Był tak podobny.
Był zupełnie inny.
Gabriel odgarnął zapodziane pasmo włosów z czoła leżącego chłopaka i złożył zimny pocałunek na jego czole, dłonią błądząc po odsłoniętym rozchełstaną koszulą ciele.
– Nie bój się. Zadbam o to, by ból był tylko ciekawym urozmaiceniem. Zadbam o to byś myślał o czymś zupełnie innym. Byś nawet nie zauważył tego momentu... – chłodny ślad, jak dotknięcie motylich skrzydeł, przeszło po skroni, przez krzywiznę ucha. – Jak mogłem kazać Ci odejść, jak mogłem nie ufać, że ktoś tak wyjątkowy jak Ty, byłby w stanie ukoić mój ból, położyć siebie jak plaster na moją zbolałą duszę... – szeptał zaklęcia nie sięgając nawet po magię, badając krzywizny i pragnienia Hannibala, uciekając myślami od nieudanych spotkań, od straconych szans. Tu i teraz, giął go w rękach jak rozgrzaną glinę, a jedno czego musiał pilnować, to kłów, aby wcześniej niż to konieczne nie dotknęły skóry, co tak lubił przed laty jego kochanek, który teraz nie był nawet w stanie na niego patrzeć. Może gdyby miał serce, to zabolałoby go na tę myśl, ale skupił się doświadczeniem kucharza, który nie pierwszy raz szykował dla siebie posiłek. Skupił się... Nie strach, nie... nie tym winna smakować krew obiecującego aktora i rzeczywiście każdy gest, każdy krok przybliżał go do bukietu aromatów, którego poszukiwał w czerwonej posoce mężczyzny. Jeszcze moment... chłodne wargi odciskały pocałunki na wygiętej szyi, miękki język szukał optymalnego miejsca...