03.07.2025, 13:35 ✶
– Nie. Nie ma – zgodziła się Hestia, bo przecież wszystko bylo tutaj mniej lub bardziej nie tak. Czarno-biały krajobraz. Opustoszałe ulice. No i ten napastnik. — Może to ktoś, kto z jakiegoś powodu ma żal do aurorów? Ktoś aresztował kiedyś jego brata, lub żonę? Może nawet ty? – To przecież nie było znowu aż takie niespotykane. Rodziny przestępców z pewnością miały wiele myśli wobec tych, którzy "niesprawidliwie" kogoś zatrzymały, nawet jeśli wszystkie dowody były niepodważalne. Tego typu ludzie zazwyczaj jedynie klęli na przedstawicieli prawa, ale mogło być różnie.
Ruszyły w dół ulicy, a Hestia coraz bardziej nic nie rozumiała.
– Czyli pewnie jest to jakoś ze sobą powiązane – mruknęła. – To znaczy, po prostu to byłby bardzo dziwny zbieg okoliczności. Dziwne też, że nie masz różdżki. Może on ci ją zabrał i... Oh...
Paradoksalnie cokolwiek się teraz działo i gdziekolwiek się teraz znajdowały, coś musiało wyczuć, że mówiły o różdżkach i zrobiło im pewnego psikusa.
Hestia nie wiedziała jak to się stało. Przeszły jedynie kilka, może kilkanaście kroków, ale nagle... Znalazły się w sklepie z rożdżkami. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo chociaż pomieszczenie miało ladę dokładnie taką samą jak u Ollivanderów, a za nią ciągnęły się szafki wypełnione rózdzkami to... Te szafki ciągnęły się i ciągnęły i ciągnęły i ciągnęły, towarząc przed nimi dziwny labirynt który nie miał końca. Hestia podeszła do jednej z szafek i wyjęła przypadkowe pudełko z różdżką. Otworzyła. Puste.
– No dobrze. To wygląda jak sen. Ale... Sama nie wiem.
Ruszyły w dół ulicy, a Hestia coraz bardziej nic nie rozumiała.
– Czyli pewnie jest to jakoś ze sobą powiązane – mruknęła. – To znaczy, po prostu to byłby bardzo dziwny zbieg okoliczności. Dziwne też, że nie masz różdżki. Może on ci ją zabrał i... Oh...
Paradoksalnie cokolwiek się teraz działo i gdziekolwiek się teraz znajdowały, coś musiało wyczuć, że mówiły o różdżkach i zrobiło im pewnego psikusa.
Hestia nie wiedziała jak to się stało. Przeszły jedynie kilka, może kilkanaście kroków, ale nagle... Znalazły się w sklepie z rożdżkami. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo chociaż pomieszczenie miało ladę dokładnie taką samą jak u Ollivanderów, a za nią ciągnęły się szafki wypełnione rózdzkami to... Te szafki ciągnęły się i ciągnęły i ciągnęły i ciągnęły, towarząc przed nimi dziwny labirynt który nie miał końca. Hestia podeszła do jednej z szafek i wyjęła przypadkowe pudełko z różdżką. Otworzyła. Puste.
– No dobrze. To wygląda jak sen. Ale... Sama nie wiem.