- Nie mamy żadnej gwarancji. - Spojrzała na kapitana, bo zdecydowanie ich myśli zmierzały w podobnym kierunku. Nie mogli mieć pewności, że jeśli wypłyną dalej, a stworzenia ruszą za nimi to postanowią tam zostać. To były zwierzęta, nie mogli powiedzieć im ej, zamieszkajcie tutaj, to wasz nowy dom, nie wracajcie za nami, bo nie. Niektóre gatunki migrowały i ludzie nie mieli na to wpływu. Pod wodą nie było rezerwatów, w których żyły, nie miały tam swoich domków, w których mieszkały, nie miały podsuwanego pod nos jedzenia, nikt o nie nie dbał - robiły to same.
Yaxleyówna przeniosła spojrzenie na pozostałych członków Artemis, westchnęła przy tym słysząc słowa dwóch mężczyzn, którzy jej zdaniem zmierzali zdecydowanie w nieodpowiednim kierunku. - To nie jest wyprawa badawcza, nie mamy tygodni na to, żeby eksplorować rozległe tereny oceanu, skąd właściwie wiecie, gdzie dokładnie znajdowały się wcześniej? Ten gatunek żyje w różnych miejscach. Przypominam tylko, że zwierzęta morskie potrafią migrować na setki kilometrów w poszukiwaniu pożywienia. Najprościej byłoby je przetransportować w miejsca pełne ryb, gdzie będą mogły sobie ucztować do woli. - Nie do końca docierało do niej to, jak niby mieliby znaleźć powód dla którego one się tutaj znalazły nie widząc, skąd właściwie przypłynęły. To nie miało najmniejszego sensu. Złapać, wypuścić na środku oceanu, niech sobie radzą. Problem z głowy. Raz, dwa i po sprawie, sama chętniej zrobiłaby to w inny sposób, ba, póki co nawet nie zakładała, że po niego nie sięgnie, bo nie mieli pojęcia, jakie te zwierzęta mają nastawienie. Zniszczyły poprzedni statek, ludzie stracili życia - nie brzmiały na szczególnie przyjacielskie.
- Nie mamy czasu na to, żeby je oswajać, nie w tym miejscu, nie dzisiaj. Jeśli chcecie sobie zrobić z nich jakiś projekt badawczy, to możemy zabrać je na ląd, może w którymś oceanarium je przyjmą, jak mniemam wspaniałomyślnie na pewno już rozmawialiście z osobami odpowiedzialnymi za te miejsce informując ich o tym, że chcecie im wcisnąć te bestie? - Złapała mocniej swój harpun, nie podobało jej się to dokąd zmierzała ta rozmowa.
- Wcale nie są rozumne. - Nie miały sumienia, czy rozsądku, nie kierowały się niczym więcej niż zaspokajaniem podstawowych potrzeb.
Nie zamierzała iść nigdzie bez Benjy'ego. Od samego początku wzięła go tutaj jako swojego sojusznika, z którym miała się pozbyć problemu. Ufała mu, wiedziała, że jej nie wystawi, że razem będą sobie w stanie poradzić z każdym zagrożeniem, potrzebowała kogoś takiego u swojego boku. To było pewne. Przeniosła spojrzenie na dwóch pozostałych członków Artemis. - Tom i John, wy pójdziecie razem, z drugim zespołem, Victoria, chciałabyś osłaniać nas? - Wybór był prosty, współpracowała już z Lestrange i miała świadomość, że podczas sytuacji zagrożenia życia myślała racjonalnie, widziała też na co ją stać. Geraldine nie pojawiła się tutaj w roli opiekunki, nie zamierzała się z nikim cackać i tak była póki co naprawdę cierpliwa jak na nią.
- Trzy na trzy, jeden na jeden, najbezpieczniej będzie chyba na bokach. - Myślała głośno, bo zależało jej na tym, aby wszyscy wyszli cało z tej misji. - Może te osoby, które czują się najmniej pewnie, niech po prostu obserwują boki i informują, gdy coś zobaczą. Mogą to być nawet światła z różdżek, nie sądzę, że się usłyszymy, tak to będzie widać. - Tak chyba było w porządku?
Złapała się mocniej swojego harpuna, tak właściwie to oparła go mocniej o drewniane deski, żeby się utrzymać, gdy kapitan wspomniał o tym, że wpływają w prąd. Pełne morze było pełne niespodzianek, można było zupełnie nieoczekiwanie się potknąć i zaryć zębami o podłoże, wolałaby tego uniknąć.
// AF ◉◉◉◉◉