04.07.2025, 11:31 ✶
Życie i Śmierć spoglądały na siebie z dwóch skrajnych biegunów, antagoniści, nieprzychylni sobie i sprzeczni w każdym calu, poza tym jednym niewielkim skrawkiem ożywionych trupów, do których obie potęgi rościły sobie prawo, albo może zbyt dosadnie o tym prawie zapomniały.
Seks i Przemoc - tematy tabu, krzykliwi heroldzi wspomnianych potęg, którzy w intensywności siebie zbierali wszystko od ekstazy po rozpacz, w skrajności, w śpiewie, w krzyku. Heroldzi, którzy już tak ostentacyjnie nie odwracali od siebie głowy, choć mogli być przecież oboje subtelni i wyrafinowani, łagodni i przebiegli igrający wyobraźnią, marzeniami, pragnieniem... Seks i przemoc flirtowały ze sobą od wieków, tarzając się i splatając na deskach teatru nazywanego Życiem z kurtyną szumnie oznaczającą Śmierć.
Gabriel cierpiał. Co do tego nie było wątpliwości. Szarpał się wewnętrznie pragnąc samotności i niebytu, rozpaczliwie, bezbrzeżnie marząc o czułości i dotyku. Był jego wygłodniały nie mniej niż krwi, byłspragniony miękkiego płaszcza komplementów, uwielbienia, które niegdyś z taką łatwością przechodziło przez gardło ciemnowłosego kochanka.
Przymknął powieki, na moment pozwalając się porwać rwącej i niebezpiecznej rzece własnej fantazji. Otarta o twarz ręka, przedramie ze skórą tak doskonale kusząco cieńką... Otarł się wzajemnie o błękitne arterie, jak kot który wyczuł ulubioną walerianę, jakby sam był zahipnotyzowany, oczarowany, bo przecież tak właśnie było. Pewnej grudniowej nocy, to on pozbył się koszuli i dał ze swojej pociętej skóry wyciągać szklane odłamki. Pewnej grudniowej nocy, dał się pozbawić serca, dał je sobie ukraść złodziejowi o miękkich palcach, w delikatności, w lepkich miodem słowach Nie boje się Ciebie w miękkości warg szukających chłodnych śmiercią ust. Gabriel nie chciał już tego czuć, nie chciał już kochać, a przecież tak bardzo chciał móc kochać, zanurzyć głowę w szczęściu, w bezmyślności, w zachwycie... I było mu duszno, choć nie musiał oddychać, wewnętrzny konflikt tylko narastał, myśl i tęsknota infekowała go rozpaczą gdy mógł teraz, na deskach teatru doświadczyć znów cienia minionego życia, wspomnień, które już nigdy nie miały być jego udziałem. Mógł poczuć pod papierową skórę gorąc selwynowego temperamentu, mógł zatracić sięw ciemnych włosach, w zapachu drogich nie tych perfumach, w śnie, który zmieniał rysy, naginał je, postarzał...
Nie muszę Ci mówić jak... znasz mnie przecież na pamięć, tak jak ja znam Ciebie...
Te słowa nie padły, gdy poddał się tej fali, gdy głowa utkwiła pod powierzchnią potoku, gdy dał się porwać wspomnieniom i pragnieniom. Tak właśnie powinien skończyć się ten wieczór. Powienien móc wypłakać Jonathanowi swoją samotność, powiedzieć mu o tęsknocie i skruszyć, stopić jego serce, zmusić, by znów zabiło nie strachem, a czystym oddaniem.
– Bądź mój... tylko mój... – błagał i zaklinał szeptami wbijającymi się w zmiękczony umysł. Na zawsze? Na teraz? Na moment w którym zęby w końcu przebiją skórę, a ciepły nektar otuli nienasycone gardło? Wepchnął własne kolano między jego nogi, znów przycisnął go do desek, zaborczo, władczo. Nie uciekniesz mi, nie... nie uciekniesz do Londynu, zostniesz ze mną, dziś.... Trudno było wyczuć tempo Gabriela, gdy nie znało się go wcześniej, gdy pierwsza noc pozwoliła tak dosadnie odczuć targające nim szaleństwo, a delikatność fluktuowała w romansie sensualności i autoagresji, w którą mężczyzna pogrążał się z każdą myślą, z każdym łkaniem osamotnionej duszy.
Mieli czas, mogli się delektować tą chwilą, ale hrabia nie był w stanie czekać dłużej, czekać bardziej, czekał przecież sześć długich lat, nie licząc goryczy, która zalała jego wargi, gdy jak zły duch zakradł się do łóżka osoby w końcu - z powodu odpowiednio wypisanego listu - drżącej, nawet jeśli było to drżenie ze strachu, a nie uniesienia...
Trzymał go mocno gdy wpił się w szyję, gdy sumiennie wczepił się w niego, nie pozwalając umknąć ani jednej kropli, gdy brał, brał i brał, podejmując próbę skazaną na porażkę, nie mógł bowiem zaspokoić swojego głodu, nie tak, nie tu, nie z nim... To nie był ten bukiet, tak samo jak nie były to te perfumy, ale w tamtej chwili było mu to już obojętne. O ileż bardziej adekwatne do bycia wampirem, niż żałosny rozkład przy akompaniamencie niekontrolowanych spazmów. Mógł go złapać, mógł trzymać jego życie, mógł w końcu nie być bezwolnym sługą własnej nieutulonej obsesji z kajdanami ciążącymi na nadgarstkach. Każdy łyk napełniał go słonecznym życiem Hannibala, nie musiał się nawet zastanawiać czy jego własne policzki różowią się tym płynnnym słońcem, czy oczy lśnią spełnieniem, którego nie spodziewał się ni jak po ataku szaleństwa zwanego złamanym sercem. Selwyn, ten konkretny Selwyn miał jego wdzięcznść za to, że mógł na moment poczuć się sobą. Tak powinno być. Czułe słówka zwieńczone kolacją bez śniadania. Tak powinno być wtedy, tak jak było teraz. Oczywiście nie chciał go zabić.
W końcu... lubił jego głos.
Ale krew była ciepła, była dobrze natleniona, była tym czego tak pragnął, co na moment, na chwilę pozwalało mu zapomnieć... Była zbyt dobra, by przerwać od razu, by nie dać ciepłu zapełnić ciała... nie do cna przecież, w końcu...
lubił jego....
głos....
Seks i Przemoc - tematy tabu, krzykliwi heroldzi wspomnianych potęg, którzy w intensywności siebie zbierali wszystko od ekstazy po rozpacz, w skrajności, w śpiewie, w krzyku. Heroldzi, którzy już tak ostentacyjnie nie odwracali od siebie głowy, choć mogli być przecież oboje subtelni i wyrafinowani, łagodni i przebiegli igrający wyobraźnią, marzeniami, pragnieniem... Seks i przemoc flirtowały ze sobą od wieków, tarzając się i splatając na deskach teatru nazywanego Życiem z kurtyną szumnie oznaczającą Śmierć.
Gabriel cierpiał. Co do tego nie było wątpliwości. Szarpał się wewnętrznie pragnąc samotności i niebytu, rozpaczliwie, bezbrzeżnie marząc o czułości i dotyku. Był jego wygłodniały nie mniej niż krwi, byłspragniony miękkiego płaszcza komplementów, uwielbienia, które niegdyś z taką łatwością przechodziło przez gardło ciemnowłosego kochanka.
Przymknął powieki, na moment pozwalając się porwać rwącej i niebezpiecznej rzece własnej fantazji. Otarta o twarz ręka, przedramie ze skórą tak doskonale kusząco cieńką... Otarł się wzajemnie o błękitne arterie, jak kot który wyczuł ulubioną walerianę, jakby sam był zahipnotyzowany, oczarowany, bo przecież tak właśnie było. Pewnej grudniowej nocy, to on pozbył się koszuli i dał ze swojej pociętej skóry wyciągać szklane odłamki. Pewnej grudniowej nocy, dał się pozbawić serca, dał je sobie ukraść złodziejowi o miękkich palcach, w delikatności, w lepkich miodem słowach Nie boje się Ciebie w miękkości warg szukających chłodnych śmiercią ust. Gabriel nie chciał już tego czuć, nie chciał już kochać, a przecież tak bardzo chciał móc kochać, zanurzyć głowę w szczęściu, w bezmyślności, w zachwycie... I było mu duszno, choć nie musiał oddychać, wewnętrzny konflikt tylko narastał, myśl i tęsknota infekowała go rozpaczą gdy mógł teraz, na deskach teatru doświadczyć znów cienia minionego życia, wspomnień, które już nigdy nie miały być jego udziałem. Mógł poczuć pod papierową skórę gorąc selwynowego temperamentu, mógł zatracić sięw ciemnych włosach, w zapachu drogich nie tych perfumach, w śnie, który zmieniał rysy, naginał je, postarzał...
Nie muszę Ci mówić jak... znasz mnie przecież na pamięć, tak jak ja znam Ciebie...
Te słowa nie padły, gdy poddał się tej fali, gdy głowa utkwiła pod powierzchnią potoku, gdy dał się porwać wspomnieniom i pragnieniom. Tak właśnie powinien skończyć się ten wieczór. Powienien móc wypłakać Jonathanowi swoją samotność, powiedzieć mu o tęsknocie i skruszyć, stopić jego serce, zmusić, by znów zabiło nie strachem, a czystym oddaniem.
– Bądź mój... tylko mój... – błagał i zaklinał szeptami wbijającymi się w zmiękczony umysł. Na zawsze? Na teraz? Na moment w którym zęby w końcu przebiją skórę, a ciepły nektar otuli nienasycone gardło? Wepchnął własne kolano między jego nogi, znów przycisnął go do desek, zaborczo, władczo. Nie uciekniesz mi, nie... nie uciekniesz do Londynu, zostniesz ze mną, dziś.... Trudno było wyczuć tempo Gabriela, gdy nie znało się go wcześniej, gdy pierwsza noc pozwoliła tak dosadnie odczuć targające nim szaleństwo, a delikatność fluktuowała w romansie sensualności i autoagresji, w którą mężczyzna pogrążał się z każdą myślą, z każdym łkaniem osamotnionej duszy.
Mieli czas, mogli się delektować tą chwilą, ale hrabia nie był w stanie czekać dłużej, czekać bardziej, czekał przecież sześć długich lat, nie licząc goryczy, która zalała jego wargi, gdy jak zły duch zakradł się do łóżka osoby w końcu - z powodu odpowiednio wypisanego listu - drżącej, nawet jeśli było to drżenie ze strachu, a nie uniesienia...
Trzymał go mocno gdy wpił się w szyję, gdy sumiennie wczepił się w niego, nie pozwalając umknąć ani jednej kropli, gdy brał, brał i brał, podejmując próbę skazaną na porażkę, nie mógł bowiem zaspokoić swojego głodu, nie tak, nie tu, nie z nim... To nie był ten bukiet, tak samo jak nie były to te perfumy, ale w tamtej chwili było mu to już obojętne. O ileż bardziej adekwatne do bycia wampirem, niż żałosny rozkład przy akompaniamencie niekontrolowanych spazmów. Mógł go złapać, mógł trzymać jego życie, mógł w końcu nie być bezwolnym sługą własnej nieutulonej obsesji z kajdanami ciążącymi na nadgarstkach. Każdy łyk napełniał go słonecznym życiem Hannibala, nie musiał się nawet zastanawiać czy jego własne policzki różowią się tym płynnnym słońcem, czy oczy lśnią spełnieniem, którego nie spodziewał się ni jak po ataku szaleństwa zwanego złamanym sercem. Selwyn, ten konkretny Selwyn miał jego wdzięcznść za to, że mógł na moment poczuć się sobą. Tak powinno być. Czułe słówka zwieńczone kolacją bez śniadania. Tak powinno być wtedy, tak jak było teraz. Oczywiście nie chciał go zabić.
W końcu... lubił jego głos.
Ale krew była ciepła, była dobrze natleniona, była tym czego tak pragnął, co na moment, na chwilę pozwalało mu zapomnieć... Była zbyt dobra, by przerwać od razu, by nie dać ciepłu zapełnić ciała... nie do cna przecież, w końcu...
lubił jego....
głos....