12.02.2023, 19:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2023, 19:49 przez William Lestrange.)
Musiał przyznać, że na tyle bulwersowała go kwestia zniewolenia skrzatów, ba fakt, że większość czarodziejów uważała, iż ich powinnością w życiu jest służyć, że nawet nie zastanowił się nad logiczniejszym rozwiązaniem. Głównie, dlatego że ostatnie lata spędził na zażartych kłótniach (głownie z żoną), że tych stworzeń nie powinno się w tak bestialski sposób wykorzystywać.
- Nie udało mi się dojść do takich wniosków, aczkolwiek - zaznaczył, a nawet podkreślił, jakby sam przed sobą potrzebował się usprawiedliwić, dlaczego tak proste rozwiazanie przeleciało mu obok głowy - muszę przyznać, że z powodu wszystkich batalii, które odbyłem z Eden na temat nie posiadania skrzata, aby go nie wyzyskiwać oczywiście, ostatecznie po prostu osiadłem na laurach ciesząc się, że mamy gosposię. Teraz jak o tym wspominasz, to chyba przekonanie jej, Eden, nie gosposi, że moglibyśmy skrzatowi płacić zajęłoby kolejne pięć lat i na samą myśl aż mnie mrozi - wypowiedział to wszystko bez przefiltrowania słów, które, zaraz wróciły i uderzyły w niego rykoszetem.
Właściwie dlaczego zwierzał się komukolwiek w taki sposób ze swojego życia małżeńskiego? Przecież nie chciał pokazywać żony w złym świetle... ale czy mówienie o jej zdaniu na temat skrzatów było negatywne, a nie po prostu neutralne? Był skonfundowany swoją reakcją na własną wypowiedź. Zazwyczaj nie miał problemu z przedstawianiem faktów, takimi, jakimi były, dlaczego teraz czuł, że wypowiedziane zdania na temat blondynki były podszyte niechęcią, wręcz prześmiewczością? Nigdy nie potrzebował wbijać nikomu jadowitych szpil, definitywnie nie za jego plecami. Uświadomił sobie w tym momencie jedną, bardzo istotną kwestię - co jeżeli Eden rozmawiała o nim w ten sposób od tygodni? miesięcy? Nie, na pewno nie. Przecież chciała, aby ich małżeństwo wychodziło na idealne. Za rzadko wychodził do ludzi, aby wiedzieć jak z nimi rozmawiać oraz, co komu może powiedzieć. Acz, czy Florence naprawdę byłaby osobą zamierzającą plotkować o życiu małżeńskich państwa Lestrange? Szczerze w to wątpił, a przynajmniej miał nadzieję, że tak się nie stanie. Nie był też pewien dlaczego tak bardzo uderzyły go własne słowa, co było złego w tym, że się żalił? Eden by się to nie spodobało? Mogła o tym pomyśleć zanim zwymyślała go na balu, a potem tańczyła z pierwszym, lepszym chłopem. Cóż, William nie wiedział, że uczucie, które nim kierowało nazywało się zazdrość, że skierowane do Florence słowa, pod płachtą tematu skrzatów, dowodzą temu, że zależy mu na relacji z żoną, ale jest w niej zagubiony i nie wie w jaki sposób pogodzić bycie sobą oraz dobrym mężem dla byłej Panny Malfoy, w jednym.
Spojrzał na swój makaron, zniechęcony do jedzenia, bo przez skonfundowanie i zbyt dużą ilość emocji towarzyszącym tematowi skrzata czy małżeństwa żołądek mu się ścisnął, odwrócił na pięcie i odwrócił o sto osiemdziesiąt stopni uznając, że woli dzisiejszego dnia zostać pusty.
- Nie żeby się nam jakoś źle układało - skłamał i poczuł się jeszcze gorzej, było to po nim widać - ot, po prostu wolę czekać na jej zgodę niż podejmować samemu decyzję, a są kwestie, w których nie lubię kompromisów - było ich stosunkowo mało, głównie dlatego się przy nich upierał.
Poczuł, że tymi słowami jako-tako załagodził wyrzuty sumienia, jakie sobie zafundował przez negatywniejszą opinię na temat żony, więc wziął w dłoń srebrny widelec oraz łyżkę, zaczynajac zakręcać makaron obtoczony w jajeczno-serowym sosie. Po wzięciu pierwszego kęsa i zmuszeniu żołądka, aby chociaż na chwilę z nim współpracował popił słony smak podsmażanej szynki włoskiej, toskańskim winem.
- Tak, tak, w porządku - przyznał i dało się zauważyć, że odetchnął z ulgą - To dobrze, że są ugotowane, jakby nie były to nie byłoby tak dobrze i nie, chyba nie, w sensie, nie, nie chce, jest dobrze - mimo, że się trochę zamotał to wolał nie wchodzić w szczegóły dlaczego rozmowa o skrzatach, Eden i cały chaos jaki temu towarzyszył wystarczająco go zestresowały - prawie, że czuł jak mokre kropelki potu ściekają mu po karku znikając w materiale; dlatego nie wychodził z domu, nie spotykał się z ludźmi, wszystko zaczynało się dobrze, aby po chwili schodzić stopniami coraz niżej i niżej.
Spojrzał na ich do połowy pełne talerze, a potem na Bulstrode z bardzo głupawym wyrazem twarzy. Policzki miał delikatnie zaczerwienione, z powodu wcześniejszego zabiegania oraz stresu, jaki sobie zafundował sekundy temu, oczy, skupione na twarzy Florence nie wyrażały niczego więcej jak absolutnej pustki, w której można by zobaczyć przelatującą kulkę z westernu jeżeli by się przypatrzyło, a usta miał odrobinę otwarte.
- Jakby ci upadła to byś usłyszała - zauważył, bo było takie prawdopodobieństwo - prędzej ktoś wykorzystał moment i ci ją po prostu zawinął. Mam nadzieję, ze nie miałaś tam jakoś dużo galeonów? - dopytał, właściwie z nadzieją. Odchrzaknął też, chcąc odpokutować za wcześniejszy, nierozumny wyraz twarzy - ja zapłacę, nie przejmuj się. Potem powinnaś zgłosić chyba to gdzieś, do brygady? Ktoś na ciebie wpadł? szarpał się, czy cokolwiek? Widziałaś coś dziwnego? - zasypał ją pytaniami, bo te były pierwszym, co przyszło mu do głowy.
Zaraz też sprawdził kieszenie spodni, w których odnalazł jedynie złożony na osiem pergamin. Wyciągnął go na chwilę, tylko po to, aby zaraz wcisnąć z powrotem. Przeszedł do marynarki, w której miał różdżkę, okulary, niewielki notatnik, papierek, Merlin wie po czym, jakieś monety, nawet nie brytyjskie, prawdopodobnie jeszcze po pobycie we Francji. Szybko zauważył, że nie wziął ze sobą portfela.
- Cóż - zacisnął usta - muszę przyznać, że wyszło dość krępująco, być może ironicznie zabawnie, ale... nie mam przy sobie portfela, pewnie cie to nawet nie dziwi. Za to mam pióro samopiszące i zatyczkę do próbówki. Myślisz, że jak dam im obrączkę to będzie przepłacenie? - zaśmiał się, trochę nerwowo, ale faktycznie odrobinę go sytuacja bawiła.
- Nie udało mi się dojść do takich wniosków, aczkolwiek - zaznaczył, a nawet podkreślił, jakby sam przed sobą potrzebował się usprawiedliwić, dlaczego tak proste rozwiazanie przeleciało mu obok głowy - muszę przyznać, że z powodu wszystkich batalii, które odbyłem z Eden na temat nie posiadania skrzata, aby go nie wyzyskiwać oczywiście, ostatecznie po prostu osiadłem na laurach ciesząc się, że mamy gosposię. Teraz jak o tym wspominasz, to chyba przekonanie jej, Eden, nie gosposi, że moglibyśmy skrzatowi płacić zajęłoby kolejne pięć lat i na samą myśl aż mnie mrozi - wypowiedział to wszystko bez przefiltrowania słów, które, zaraz wróciły i uderzyły w niego rykoszetem.
Właściwie dlaczego zwierzał się komukolwiek w taki sposób ze swojego życia małżeńskiego? Przecież nie chciał pokazywać żony w złym świetle... ale czy mówienie o jej zdaniu na temat skrzatów było negatywne, a nie po prostu neutralne? Był skonfundowany swoją reakcją na własną wypowiedź. Zazwyczaj nie miał problemu z przedstawianiem faktów, takimi, jakimi były, dlaczego teraz czuł, że wypowiedziane zdania na temat blondynki były podszyte niechęcią, wręcz prześmiewczością? Nigdy nie potrzebował wbijać nikomu jadowitych szpil, definitywnie nie za jego plecami. Uświadomił sobie w tym momencie jedną, bardzo istotną kwestię - co jeżeli Eden rozmawiała o nim w ten sposób od tygodni? miesięcy? Nie, na pewno nie. Przecież chciała, aby ich małżeństwo wychodziło na idealne. Za rzadko wychodził do ludzi, aby wiedzieć jak z nimi rozmawiać oraz, co komu może powiedzieć. Acz, czy Florence naprawdę byłaby osobą zamierzającą plotkować o życiu małżeńskich państwa Lestrange? Szczerze w to wątpił, a przynajmniej miał nadzieję, że tak się nie stanie. Nie był też pewien dlaczego tak bardzo uderzyły go własne słowa, co było złego w tym, że się żalił? Eden by się to nie spodobało? Mogła o tym pomyśleć zanim zwymyślała go na balu, a potem tańczyła z pierwszym, lepszym chłopem. Cóż, William nie wiedział, że uczucie, które nim kierowało nazywało się zazdrość, że skierowane do Florence słowa, pod płachtą tematu skrzatów, dowodzą temu, że zależy mu na relacji z żoną, ale jest w niej zagubiony i nie wie w jaki sposób pogodzić bycie sobą oraz dobrym mężem dla byłej Panny Malfoy, w jednym.
Spojrzał na swój makaron, zniechęcony do jedzenia, bo przez skonfundowanie i zbyt dużą ilość emocji towarzyszącym tematowi skrzata czy małżeństwa żołądek mu się ścisnął, odwrócił na pięcie i odwrócił o sto osiemdziesiąt stopni uznając, że woli dzisiejszego dnia zostać pusty.
- Nie żeby się nam jakoś źle układało - skłamał i poczuł się jeszcze gorzej, było to po nim widać - ot, po prostu wolę czekać na jej zgodę niż podejmować samemu decyzję, a są kwestie, w których nie lubię kompromisów - było ich stosunkowo mało, głównie dlatego się przy nich upierał.
Poczuł, że tymi słowami jako-tako załagodził wyrzuty sumienia, jakie sobie zafundował przez negatywniejszą opinię na temat żony, więc wziął w dłoń srebrny widelec oraz łyżkę, zaczynajac zakręcać makaron obtoczony w jajeczno-serowym sosie. Po wzięciu pierwszego kęsa i zmuszeniu żołądka, aby chociaż na chwilę z nim współpracował popił słony smak podsmażanej szynki włoskiej, toskańskim winem.
- Tak, tak, w porządku - przyznał i dało się zauważyć, że odetchnął z ulgą - To dobrze, że są ugotowane, jakby nie były to nie byłoby tak dobrze i nie, chyba nie, w sensie, nie, nie chce, jest dobrze - mimo, że się trochę zamotał to wolał nie wchodzić w szczegóły dlaczego rozmowa o skrzatach, Eden i cały chaos jaki temu towarzyszył wystarczająco go zestresowały - prawie, że czuł jak mokre kropelki potu ściekają mu po karku znikając w materiale; dlatego nie wychodził z domu, nie spotykał się z ludźmi, wszystko zaczynało się dobrze, aby po chwili schodzić stopniami coraz niżej i niżej.
Spojrzał na ich do połowy pełne talerze, a potem na Bulstrode z bardzo głupawym wyrazem twarzy. Policzki miał delikatnie zaczerwienione, z powodu wcześniejszego zabiegania oraz stresu, jaki sobie zafundował sekundy temu, oczy, skupione na twarzy Florence nie wyrażały niczego więcej jak absolutnej pustki, w której można by zobaczyć przelatującą kulkę z westernu jeżeli by się przypatrzyło, a usta miał odrobinę otwarte.
- Jakby ci upadła to byś usłyszała - zauważył, bo było takie prawdopodobieństwo - prędzej ktoś wykorzystał moment i ci ją po prostu zawinął. Mam nadzieję, ze nie miałaś tam jakoś dużo galeonów? - dopytał, właściwie z nadzieją. Odchrzaknął też, chcąc odpokutować za wcześniejszy, nierozumny wyraz twarzy - ja zapłacę, nie przejmuj się. Potem powinnaś zgłosić chyba to gdzieś, do brygady? Ktoś na ciebie wpadł? szarpał się, czy cokolwiek? Widziałaś coś dziwnego? - zasypał ją pytaniami, bo te były pierwszym, co przyszło mu do głowy.
Zaraz też sprawdził kieszenie spodni, w których odnalazł jedynie złożony na osiem pergamin. Wyciągnął go na chwilę, tylko po to, aby zaraz wcisnąć z powrotem. Przeszedł do marynarki, w której miał różdżkę, okulary, niewielki notatnik, papierek, Merlin wie po czym, jakieś monety, nawet nie brytyjskie, prawdopodobnie jeszcze po pobycie we Francji. Szybko zauważył, że nie wziął ze sobą portfela.
- Cóż - zacisnął usta - muszę przyznać, że wyszło dość krępująco, być może ironicznie zabawnie, ale... nie mam przy sobie portfela, pewnie cie to nawet nie dziwi. Za to mam pióro samopiszące i zatyczkę do próbówki. Myślisz, że jak dam im obrączkę to będzie przepłacenie? - zaśmiał się, trochę nerwowo, ale faktycznie odrobinę go sytuacja bawiła.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated