04.07.2025, 15:18 ✶
Nie wiedziała, co chodziło po głowie Sama. Może dobrze: jej własne myśli też były splątane bardziej niż kiedykolwiek, a choć pilnowała, by nikomu tego nie okazać, sama też podupadła na duchu i nie tylko jej kolano było potrzaskane. Coś w środku też pękło i próbowała teraz zebrać do kupy te kawałki, w pełni świadoma, że nie była jedną z tych, którzy ucierpieli najbardziej. Gdyby wiedziała, jak na to patrzył, byłoby tylko trudniej, a i tak wcale nie było jej łatwo stać teraz naprzeciwko Samuela, chociaż przebywanie z nim zawsze było czymś po prostu naturalnym.
Ale teraz…
Nie litowała się nad nim. Za to było jej wstyd. Wstyd, że nie zdołała ochronić jego nowego domu przed obróceniem się w popioły. Wstyd, że teraz nie mogła po prostu pokazać jakiejś sensownej drogi – do tej pory przynajmniej wiedziała, albo tak sądziła, co zrobić, żeby mu pomóc, a teraz nie była pewna. Słowo przepraszam tańczyło na języku, nie wypowiedziała go jednak: wątpiła, by chciał jej przeprosin.
Mimo to wyciągnęła ku niemu rękę, chwytając go na moment za ramię jedną ręką, by drugą położyć mu na karku i z bliska spojrzeć w oczy. Jej własne wciąż były trochę zaczerwienione i zamglone, dalej potrzebujące mikstur po poparzeniach.
– Jesteś ważny – powiedziała z naciskiem, zanim wypuściła go i cofnęła się. – Warownię i tak musi najpierw obejrzeć klątwołamacz, więc równie dobrze możemy zacząć tam.
Przynajmniej tyle, że miał swojego brata niedźwiedzia: i to, że mieszkał teraz u niego Brenna przyjęła z ulgą, bo naprawdę chciałaby zaoferować mu coś lepszego, ale miała tylko mieszkanie w Londynie i Staw, do którego teraz zabranie Sama nie wydawało się najlepszym pomysłem. Dobrze, że był przy kimś, kto był mu bliski. I nie naciskała chwilowo na dalszą rozmowę, bo praca, do pewnego stopnia, uspokajała i ją. Przynajmniej mogła skupić się na robieniu czegoś, a chociaż nie nadawała się zbytnio do tej fizycznej jej części – nie była pewna, jak, a poza tym nie chciała jeszcze nadwyrężać nadgarstka – rzucała zaklęcie za zaklęciem tam, gdzie mogło to pomóc.
Nie była pewna, co znajdowało się w ramie, którą znalazł Sam. Mogła sobie wyobrazić, że coś ważnego – wiele takich ważnych rzeczy spłonęło i w jej pokoju, nawet jeżeli miała o tyle lepszą sytuację, że sporo przedmiotów oraz ubrań zabrała wcześniej do Stawu i do Londynu.
– Pojawiła się w nim runa, której nie widzi nikt poza mną – przyznała. – Spróbuję zrobić jej zdjęcie i pokazać specjaliście. Będziemy… badać te budynki. Jakoś na pewno da się to cofnąć.
Pozbyć się klątw, run i zacieków. Odbudować to, co zostało spalone. Uleczyć ofiary. Starała się przedstawiać to wszystko w ten sposób: idziemy dalej. Nawet jeśli w głębi ducha wkurzała się i jednocześnie bolało ją, że w ogóle musieli to robić.
– Dzięki, chętnie przyjmiemy kontakty, i możemy umówić się na barter… zrobisz nam najpotrzebniejsze meble, a my załatwimy materiały i pomoc przy odbudowie warsztatu. Ale… też się nie spieszy. Chwilowo mamy gdzie mieszkać, Warownia pochłonie dużo czasu, więc można zająć się najpierw tymi mniejszymi projektami.
Ważniejszymi dla ludzi, którzy stracili wszystko.
Ale teraz…
Nie litowała się nad nim. Za to było jej wstyd. Wstyd, że nie zdołała ochronić jego nowego domu przed obróceniem się w popioły. Wstyd, że teraz nie mogła po prostu pokazać jakiejś sensownej drogi – do tej pory przynajmniej wiedziała, albo tak sądziła, co zrobić, żeby mu pomóc, a teraz nie była pewna. Słowo przepraszam tańczyło na języku, nie wypowiedziała go jednak: wątpiła, by chciał jej przeprosin.
Mimo to wyciągnęła ku niemu rękę, chwytając go na moment za ramię jedną ręką, by drugą położyć mu na karku i z bliska spojrzeć w oczy. Jej własne wciąż były trochę zaczerwienione i zamglone, dalej potrzebujące mikstur po poparzeniach.
– Jesteś ważny – powiedziała z naciskiem, zanim wypuściła go i cofnęła się. – Warownię i tak musi najpierw obejrzeć klątwołamacz, więc równie dobrze możemy zacząć tam.
Przynajmniej tyle, że miał swojego brata niedźwiedzia: i to, że mieszkał teraz u niego Brenna przyjęła z ulgą, bo naprawdę chciałaby zaoferować mu coś lepszego, ale miała tylko mieszkanie w Londynie i Staw, do którego teraz zabranie Sama nie wydawało się najlepszym pomysłem. Dobrze, że był przy kimś, kto był mu bliski. I nie naciskała chwilowo na dalszą rozmowę, bo praca, do pewnego stopnia, uspokajała i ją. Przynajmniej mogła skupić się na robieniu czegoś, a chociaż nie nadawała się zbytnio do tej fizycznej jej części – nie była pewna, jak, a poza tym nie chciała jeszcze nadwyrężać nadgarstka – rzucała zaklęcie za zaklęciem tam, gdzie mogło to pomóc.
Nie była pewna, co znajdowało się w ramie, którą znalazł Sam. Mogła sobie wyobrazić, że coś ważnego – wiele takich ważnych rzeczy spłonęło i w jej pokoju, nawet jeżeli miała o tyle lepszą sytuację, że sporo przedmiotów oraz ubrań zabrała wcześniej do Stawu i do Londynu.
– Pojawiła się w nim runa, której nie widzi nikt poza mną – przyznała. – Spróbuję zrobić jej zdjęcie i pokazać specjaliście. Będziemy… badać te budynki. Jakoś na pewno da się to cofnąć.
Pozbyć się klątw, run i zacieków. Odbudować to, co zostało spalone. Uleczyć ofiary. Starała się przedstawiać to wszystko w ten sposób: idziemy dalej. Nawet jeśli w głębi ducha wkurzała się i jednocześnie bolało ją, że w ogóle musieli to robić.
– Dzięki, chętnie przyjmiemy kontakty, i możemy umówić się na barter… zrobisz nam najpotrzebniejsze meble, a my załatwimy materiały i pomoc przy odbudowie warsztatu. Ale… też się nie spieszy. Chwilowo mamy gdzie mieszkać, Warownia pochłonie dużo czasu, więc można zająć się najpierw tymi mniejszymi projektami.
Ważniejszymi dla ludzi, którzy stracili wszystko.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.