07.07.2025, 18:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:14 przez Lorraine Malfoy.)
Tak jak morze wyrzucało czasem na brzeg pozostałości starych wraków, tak Lorraine wyrzucała z siebie stare traumy. Wypluwała ostre niczym krawędzie skał słowa, tak jak morze wypluwało z gardzieli przypływu pogrzebane pod falami ciała rozbitków. Jej łzy miały taki sam smak jak wody morza, oblewającego wybrzeże Wyspy Umarłych. Jak wiele wymagało od niej odzyskanie opanowania. A jednak, gdy się wreszcie odezwała, w jej głosie nie było łez. Nie słychać było wzburzenia wzbierającej fali, nie widziała bowiem, że Anthony zbliża się ku niej niczym księżyc, którego bliskość narzucała rytm jej pływom: wciąż miała zamknięte oczy, jak gdyby wierzyła w to, że dopóki ich nie otworzy, wszystko to, co wydarzyło się dzisiaj między nimi, odejść będzie mogło w niepamięć. Gdy otworzy oczy, przekonywała się, on wciąż będzie stał w oddali, niewzruszony, a ona odwróci ku niemu równie niewzruszoną twarz. Bo dopóki ich nie otworzyła, mogła się oszukiwać, że tak będzie. Bo przecież zrobiła wszystko tak, jak należało. Nie uniosła się ani razu w trakcie rozmowy, w której usłyszała tak wiele rzeczy, które ją zabolały. Wyrozumiale tłumaczyła Anthony'emu złożoność swego obecnego położenia, starając się docenić jego starania, ale to nie wystarczyło. Mogła zrobić wszystko tak, jak należało, ale nie potrafiła zmienić swojej natury. "Nie jestem kobietą, tylko wilą", powtarzała, nie potrafiąc inaczej.
– Nie będzie żadnych obietnic – wyszeptała, skuliwszy się przy ścianie tak, jak czasem kuliła się przy grobie rodziców, przy kamiennej płycie, na której wykuto tak drogie jej imiona. Czasem grób zdawał się jej najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Obietnica jego zimnych objęć nie była jednak niczym więcej jak złudzeniem. – Nie będzie żadnych przysiąg. Nie ma większej przysięgi ponad krew na tej ścianie. To też i moja krew, Anthony. Baldwin... – Trzymała sztywno swoją bolejącą głowę, jak gdyby była dumna ze swego bólu. Jak gdyby chciała powiedzieć: ja – ja jedna umiem kochać go tak, jak na to zasługuje – ja, nie ty. Ja jedna go rozumiem. – Nigdy nie zamalujesz jego fresku. Nigdy go nie zakryjesz. – Nie będzie więcej krwi Malfoyów przelanej za cudzą sprawą, pomyślała, nigdy więcej. Nie wiedziała nawet, kiedy osunęła się na ziemię, kiedy jej kolana oparły się o zimną podłogę, jak wtedy, gdy klęczała w kowenie. – Nie zniszczysz go – powiedziała spokojnie, nie odrywając wciąż czoła od ściany. Nie otwierając oczu. Nie, dopóki nie poczuła wokół siebie ramion Anthony'ego – ciepła, które biło od jego objęć, gdy nieoczekiwanie przygarnął ją do siebie – ciepła, które nie było złudzeniem. Lorraine wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc. W pierwszym odruchu chciała się wyrwać, ale zamiast tego zastygła, nie śmiąc się poruszyć. A potem popłynęły słodkie, szeleszczące słowa pieśni: tchnący łagodnością głos Anthony'ego spływał po jej ramionach jak światło księżyca, kołyszące się na grzbietach fal. Uspokoiła się tak, jak uspokaja się morze. Ucichła niespodziewanie, po czym wtuliła się w Anthony'ego, a chociaż w jej gestach wciąż obecne było zawahanie, nie odsunęła się od niego, lecz ufnie zaplotła ręce wokół jego szyi. Jak dziecko, które szuka bliskości rodzica, chwilę po tym, jak odtrąciło od siebie jego objęcia, bojąc się, że ten również odtrąci je od swej piersi, nie na chwilę, lecz na całą wieczność.
– Proszę. Nigdy nie prosiłam o nic więcej ponad to – wyszeptała wreszcie, choć sama już nie wiedziała, czy mówi o miękkich słowach w nieznanym jej języku, które wplatał w jej włosy jak gwiazdy, o czułości, z jaką Anthony trzymał ją teraz w swych objęciach, czy o fresku, którego ocalenie było jedynym warunkiem jej współpracy. Nieważne, jak bluźnierczym było kubistyczne przedstawienie fałszywej bogini na ścianie sali klubowej. Dzieło Baldwina należeć musiało do niej, tak jak poezje jej ojca. Jak pocałunki Maeve. Jak piosenki Anthony'ego.
Nie pozwoliła mu się od siebie odsunąć. Nie od razu.
Musiał zaśpiewać jej raz jeszcze.
– Nie będzie żadnych obietnic – wyszeptała, skuliwszy się przy ścianie tak, jak czasem kuliła się przy grobie rodziców, przy kamiennej płycie, na której wykuto tak drogie jej imiona. Czasem grób zdawał się jej najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Obietnica jego zimnych objęć nie była jednak niczym więcej jak złudzeniem. – Nie będzie żadnych przysiąg. Nie ma większej przysięgi ponad krew na tej ścianie. To też i moja krew, Anthony. Baldwin... – Trzymała sztywno swoją bolejącą głowę, jak gdyby była dumna ze swego bólu. Jak gdyby chciała powiedzieć: ja – ja jedna umiem kochać go tak, jak na to zasługuje – ja, nie ty. Ja jedna go rozumiem. – Nigdy nie zamalujesz jego fresku. Nigdy go nie zakryjesz. – Nie będzie więcej krwi Malfoyów przelanej za cudzą sprawą, pomyślała, nigdy więcej. Nie wiedziała nawet, kiedy osunęła się na ziemię, kiedy jej kolana oparły się o zimną podłogę, jak wtedy, gdy klęczała w kowenie. – Nie zniszczysz go – powiedziała spokojnie, nie odrywając wciąż czoła od ściany. Nie otwierając oczu. Nie, dopóki nie poczuła wokół siebie ramion Anthony'ego – ciepła, które biło od jego objęć, gdy nieoczekiwanie przygarnął ją do siebie – ciepła, które nie było złudzeniem. Lorraine wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc. W pierwszym odruchu chciała się wyrwać, ale zamiast tego zastygła, nie śmiąc się poruszyć. A potem popłynęły słodkie, szeleszczące słowa pieśni: tchnący łagodnością głos Anthony'ego spływał po jej ramionach jak światło księżyca, kołyszące się na grzbietach fal. Uspokoiła się tak, jak uspokaja się morze. Ucichła niespodziewanie, po czym wtuliła się w Anthony'ego, a chociaż w jej gestach wciąż obecne było zawahanie, nie odsunęła się od niego, lecz ufnie zaplotła ręce wokół jego szyi. Jak dziecko, które szuka bliskości rodzica, chwilę po tym, jak odtrąciło od siebie jego objęcia, bojąc się, że ten również odtrąci je od swej piersi, nie na chwilę, lecz na całą wieczność.
– Proszę. Nigdy nie prosiłam o nic więcej ponad to – wyszeptała wreszcie, choć sama już nie wiedziała, czy mówi o miękkich słowach w nieznanym jej języku, które wplatał w jej włosy jak gwiazdy, o czułości, z jaką Anthony trzymał ją teraz w swych objęciach, czy o fresku, którego ocalenie było jedynym warunkiem jej współpracy. Nieważne, jak bluźnierczym było kubistyczne przedstawienie fałszywej bogini na ścianie sali klubowej. Dzieło Baldwina należeć musiało do niej, tak jak poezje jej ojca. Jak pocałunki Maeve. Jak piosenki Anthony'ego.
Nie pozwoliła mu się od siebie odsunąć. Nie od razu.
Musiał zaśpiewać jej raz jeszcze.