13.02.2023, 02:16 ✶
Okazywało się więc, że po raz kolejny w ciągu kilku ostatnich dni, Edgar przy sporej ilości pecha miał jednocześnie mnóstwo szczęścia, bo aż dwa raz trafił mu się akurat taki Patrick Steward. A Patrick ciągle jeszcze liczył na to, że kariera kieszonkowca była tylko nieprzyjemnym etapem, z którego złapany chłopak wciąż mógł wyrosnąć. Bo wiek miał swoje prawa i różne takie.
Steward, jak zwykle, nijak nie dał po sobie poznać, że dostrzegł aurę Cathala. Widział też aurę Edgara, głównie szaro-zieloną, teraz jeszcze tryskającą nieprzyjemną czerwienią, świadczącą o tym jak bardzo rozgniewany był pojmany.
- Właściwie to masz wybór – Patrick pokręcił głową, nie spuszczając oczu z chłopaka. Gdyby to jeszcze był pierwszy raz. Gdyby Edgar zaczął przepraszać kajać się i sprzedawać jakąś rzewną historię o chorej matce, siostrze lub długach, Steward mógłby go puścić wolno. Ale to nie był pierwszy raz a wyrzutów sumienia Edgar nie odczuwał żadnych. Odwrotnie, złapany na gorącym uczynku, złościł się tylko, że został złapany. – Nie wypuszczę go wolno. Ale te dwa galeony, osiemdziesiąt sześć sykli i piętnaście knutów brzmią tylko gorzej dla Edgara.
Edgar w tym momencie zacisnął zęby, coś najwidoczniej cisnęło mu się na usta, ale albo zrozumiał, że dalsza dyskusja tylko pogarszała jego sytuację, albo szykował się do większej utarczki później. Każde kolejne słowo, które mówili o nim, trochę jakby bez niego, tylko jeszcze bardziej go rozjuszało. Łypnął groźnie na Cathala, jakby sam rzucał mu niemądre wyzwanie, jakby chciał zawołać: to ja bym ciebie spetryfikował, wszystkich was bym spetryfikował!
Steward potrafił sobie wyobrazić i inne myśli, które lęgły się w głowie Edgara. Wszystkie niedobre, paskudne, życzące im jak najgorzej. I chociaż chciał go usprawiedliwiać, swoim zachowaniem chłopak bardzo utrudniał mu to zadanie. Ale nie pochwalał accio, które rzucił Shafiq. Częściowo dlatego, że okradziony nie był przedstawicielem prawa a częściowo dlatego, że przeszukania powinni dokonać później, dając jak najmniej czasu przeszukiwanemu do namysłu. No i tak naprawdę, te dwie sakiewki to czego dowodziły? Całą trójką wiedzieli, że przynajmniej jedną z nich chłopak ukradł, ale póki nie mieli zgłoszenia kradzieży… Mógł im w oczy opowiadać, że to sakiewka babci lub jego własnej siostry. Obie wysłały go na Pokątną po leki. I jak na złość, jeśli choć trochę kochały Edgara, obie potwierdzą, że sakiewka należała do nich. Jeszcze na świadka wezwą dziadka.
- Dość – warknął do chłopaka. W jego głosie pojawiły się ostrzejsze, mniej przyjemne nuty. Złapał go za ramię i pomógł mu wstać. - Ktoś z brygady i tak sprawdzi twoją babcię. Gorzej dla niej jak w międzyczasie zgłosi się jakaś poszkodowana czarownica albo czarodziej, z informacją, że tego dnia ktoś ukradł im sakiewkę w jednorożce. I jeszcze będzie potrafił powiedzieć, ile tam w środku było galeonów, sykli i knutów. A twojej babci się zapomni, ile powinna mieć w sakiewce, którą ci pożyczyła – uświadomił brutalnie.
W oczach Patricka Edgar okazał się złodziejem nie tylko bezczelnym, ale też bezczelnie głupim. Jak bardzo trzeba było nie mieć mózgu, by po okradnięciu kogokolwiek, pozostawić sobie jego portmonetkę na pamiątkę? Co to miało być? Jakieś trofeum na później?
- Zechciałbyś się przejść razem z nami do Ministerstwa czy wolałbyś jednak złożyć podstawowe zeznanie tutaj? – zapytał Cathala. – Domyślam się, że Edgar już i tak zmarnował ci sporo czasu. Wystarczy mi twoje imię i nazwisko. Opiszę zdarzenie, dołączę informacje o tobie jako o poszkodowanym. Możliwe, że później otrzymasz wezwanie by złożyć obszerniejsze zeznanie – opisał. Sam się nie przedstawiał, zakładał, że Shafiq przeczytał jego imię i nazwisko na identyfikatorze.
- Po co obszerniejsze zeznanie? – jęknął chłopak. – Przecież nic się nie stało.
- No nie wiem? Bo możesz trafić przed Wizengamot? – odpowiedział obojętnie Steward.
Nadal nie wierzył by Edgarowi groził Wizengamont, ale jak nie zejdzie ze swojej przestępczej drogi i znowu zostanie przyłapany na kradzieży… To kto wie?
Steward, jak zwykle, nijak nie dał po sobie poznać, że dostrzegł aurę Cathala. Widział też aurę Edgara, głównie szaro-zieloną, teraz jeszcze tryskającą nieprzyjemną czerwienią, świadczącą o tym jak bardzo rozgniewany był pojmany.
- Właściwie to masz wybór – Patrick pokręcił głową, nie spuszczając oczu z chłopaka. Gdyby to jeszcze był pierwszy raz. Gdyby Edgar zaczął przepraszać kajać się i sprzedawać jakąś rzewną historię o chorej matce, siostrze lub długach, Steward mógłby go puścić wolno. Ale to nie był pierwszy raz a wyrzutów sumienia Edgar nie odczuwał żadnych. Odwrotnie, złapany na gorącym uczynku, złościł się tylko, że został złapany. – Nie wypuszczę go wolno. Ale te dwa galeony, osiemdziesiąt sześć sykli i piętnaście knutów brzmią tylko gorzej dla Edgara.
Edgar w tym momencie zacisnął zęby, coś najwidoczniej cisnęło mu się na usta, ale albo zrozumiał, że dalsza dyskusja tylko pogarszała jego sytuację, albo szykował się do większej utarczki później. Każde kolejne słowo, które mówili o nim, trochę jakby bez niego, tylko jeszcze bardziej go rozjuszało. Łypnął groźnie na Cathala, jakby sam rzucał mu niemądre wyzwanie, jakby chciał zawołać: to ja bym ciebie spetryfikował, wszystkich was bym spetryfikował!
Steward potrafił sobie wyobrazić i inne myśli, które lęgły się w głowie Edgara. Wszystkie niedobre, paskudne, życzące im jak najgorzej. I chociaż chciał go usprawiedliwiać, swoim zachowaniem chłopak bardzo utrudniał mu to zadanie. Ale nie pochwalał accio, które rzucił Shafiq. Częściowo dlatego, że okradziony nie był przedstawicielem prawa a częściowo dlatego, że przeszukania powinni dokonać później, dając jak najmniej czasu przeszukiwanemu do namysłu. No i tak naprawdę, te dwie sakiewki to czego dowodziły? Całą trójką wiedzieli, że przynajmniej jedną z nich chłopak ukradł, ale póki nie mieli zgłoszenia kradzieży… Mógł im w oczy opowiadać, że to sakiewka babci lub jego własnej siostry. Obie wysłały go na Pokątną po leki. I jak na złość, jeśli choć trochę kochały Edgara, obie potwierdzą, że sakiewka należała do nich. Jeszcze na świadka wezwą dziadka.
- Dość – warknął do chłopaka. W jego głosie pojawiły się ostrzejsze, mniej przyjemne nuty. Złapał go za ramię i pomógł mu wstać. - Ktoś z brygady i tak sprawdzi twoją babcię. Gorzej dla niej jak w międzyczasie zgłosi się jakaś poszkodowana czarownica albo czarodziej, z informacją, że tego dnia ktoś ukradł im sakiewkę w jednorożce. I jeszcze będzie potrafił powiedzieć, ile tam w środku było galeonów, sykli i knutów. A twojej babci się zapomni, ile powinna mieć w sakiewce, którą ci pożyczyła – uświadomił brutalnie.
W oczach Patricka Edgar okazał się złodziejem nie tylko bezczelnym, ale też bezczelnie głupim. Jak bardzo trzeba było nie mieć mózgu, by po okradnięciu kogokolwiek, pozostawić sobie jego portmonetkę na pamiątkę? Co to miało być? Jakieś trofeum na później?
- Zechciałbyś się przejść razem z nami do Ministerstwa czy wolałbyś jednak złożyć podstawowe zeznanie tutaj? – zapytał Cathala. – Domyślam się, że Edgar już i tak zmarnował ci sporo czasu. Wystarczy mi twoje imię i nazwisko. Opiszę zdarzenie, dołączę informacje o tobie jako o poszkodowanym. Możliwe, że później otrzymasz wezwanie by złożyć obszerniejsze zeznanie – opisał. Sam się nie przedstawiał, zakładał, że Shafiq przeczytał jego imię i nazwisko na identyfikatorze.
- Po co obszerniejsze zeznanie? – jęknął chłopak. – Przecież nic się nie stało.
- No nie wiem? Bo możesz trafić przed Wizengamot? – odpowiedział obojętnie Steward.
Nadal nie wierzył by Edgarowi groził Wizengamont, ale jak nie zejdzie ze swojej przestępczej drogi i znowu zostanie przyłapany na kradzieży… To kto wie?