09.07.2025, 00:48 ✶
Garrick nigdy nie lubił się z ogniem. Podejrzewał, że nikt to parał się wytwórstwem różdżek albo jakichkolwiek innych przedmiotów drewnianych nie lubił się z ogniem, ale co do siebie był całkowicie pewny – jeżeli coś poza śmiercią jego córeczki miałoby stać się jego największym koszmarem, to mogła stać się nim jedna iskra – jedna, jedyna maleńka iskra wystarczająca do wzniecenia pożaru w pracowni lub magazynie, puszczająca z dymem całe jego dziedzictwo, obracająca w pył pracę wielu rąk, wielu istnień, których nie było już na świecie, ale wykonane przez nich arcydzieła w jakiś sposób ich unieśmiertelniły.
Co znaczy dla ciebie słowo świat? Dla jednych świat stanowił wszystko, ogrom kosmosu i wszystko to co znajduje się ponad wyobrażeniem. Dla drugich – w tym dla Garricka Ollivandera – świat był mały. Ograniczał się do sklepu z warsztatem, innych sklepików w okolicy tworzących gildię lokalnych handlarzy, kowenu przy ulicy Whitecroft i straganów, gdzie wykonywał codzienne zakupy. Te wspomniane wcześniej koszmary, ta wystarczająco-silna-iskra to właśnie miała palić – malutki świat starca żyjącego w cieniu swoich przodków, tańczącego wieczornego walca z butelką wina, postrzeganego przez innych czarodziejów za bezimienny byt. Pan Ollivander za ladą pozostawał panem Ollivanderem – Panowie Ollivanderowie nosili swoją bezimienność i stabilność niczym dobrze skrojony garnitur.
Cień ulicy Pokątnej, jakim się stał, nigdy nie spodziewał się, że ten jego koszmar o ogniu się ziści, ale języki płomieni nie strawią doszczętnie tego jego małego świata, lecz cały Londyn wraz z szeregiem bezbronnych istnień.
Znosił to źle. I wiedział, że po tej nocy, o ile nie spłonie wraz z tym stosem różdżek, osiwieje już zupełnie. Nie było mocy na to, aby teraz myślał o kwiatach, które zakwitną na zgliszczach miasta po obfitym deszczu. Któryś z bezimiennych Ollivanderów zadecydował kiedyś, że miłość miała wyższe znaczenie niż status i chociaż próbował wierzyć w to całym sobą, nie potrafił nie ulec lękowi szepczącemu mu do ucha: jedynym powodem, dlaczego nikt w czarnym płaszczu nie zapukał do tych drzwi, była potrzeba posiadania przez czarodziejów różdżek i brak alternatywy. Ale oni wyszkolą, wychowają sobie alternatywę, a sklep starszy niż całe miasto stanie się jedną z miejskich legend, ech przeszłości pamiętanych przez nielicznych.
Niech to, Matko, błagam cię, stanie się bez cierpienia Corliss.
Drzwi były zamknięte, klamka rozgrzana, a serce Garricka zadrżało, kiedy ktoś próbował dostać się do środka. Nie otworzyłby, gdyby nie usłyszał głosu swojego ucznia. Pospiesznie podbiegł do zasłoniętej kotarami i deskami witryny i odkluczył mosiężny zamek, wpuszczając go do środka bardzo pospiesznie i równie szybko (jak na swoje możliwości) zamknął je za nim zakluczając ponownie. Nie zamierzał dzisiaj spać. Nie zamierzał stąd uciekać. Jeżeli tu zginie to zginie.
– Samuel! Martwiłem się o ciebie chłopcze, ale miałem nadzieję, że uciekliście z Norą do Doliny i... – Chciał się trochę wytłumaczyć. Bo niby wypadało zawsze iść ludziom pomóc, ale prawda była taka, że pomijając to jak uparci potrafili być przejrzali czarodzieje przywiązani do miejsca jak do niczego innego, dochodziła jeszcze jedna sprawa – Ollivander bał się stąd wyjść.
Co znaczy dla ciebie słowo świat? Dla jednych świat stanowił wszystko, ogrom kosmosu i wszystko to co znajduje się ponad wyobrażeniem. Dla drugich – w tym dla Garricka Ollivandera – świat był mały. Ograniczał się do sklepu z warsztatem, innych sklepików w okolicy tworzących gildię lokalnych handlarzy, kowenu przy ulicy Whitecroft i straganów, gdzie wykonywał codzienne zakupy. Te wspomniane wcześniej koszmary, ta wystarczająco-silna-iskra to właśnie miała palić – malutki świat starca żyjącego w cieniu swoich przodków, tańczącego wieczornego walca z butelką wina, postrzeganego przez innych czarodziejów za bezimienny byt. Pan Ollivander za ladą pozostawał panem Ollivanderem – Panowie Ollivanderowie nosili swoją bezimienność i stabilność niczym dobrze skrojony garnitur.
Cień ulicy Pokątnej, jakim się stał, nigdy nie spodziewał się, że ten jego koszmar o ogniu się ziści, ale języki płomieni nie strawią doszczętnie tego jego małego świata, lecz cały Londyn wraz z szeregiem bezbronnych istnień.
Znosił to źle. I wiedział, że po tej nocy, o ile nie spłonie wraz z tym stosem różdżek, osiwieje już zupełnie. Nie było mocy na to, aby teraz myślał o kwiatach, które zakwitną na zgliszczach miasta po obfitym deszczu. Któryś z bezimiennych Ollivanderów zadecydował kiedyś, że miłość miała wyższe znaczenie niż status i chociaż próbował wierzyć w to całym sobą, nie potrafił nie ulec lękowi szepczącemu mu do ucha: jedynym powodem, dlaczego nikt w czarnym płaszczu nie zapukał do tych drzwi, była potrzeba posiadania przez czarodziejów różdżek i brak alternatywy. Ale oni wyszkolą, wychowają sobie alternatywę, a sklep starszy niż całe miasto stanie się jedną z miejskich legend, ech przeszłości pamiętanych przez nielicznych.
Niech to, Matko, błagam cię, stanie się bez cierpienia Corliss.
Drzwi były zamknięte, klamka rozgrzana, a serce Garricka zadrżało, kiedy ktoś próbował dostać się do środka. Nie otworzyłby, gdyby nie usłyszał głosu swojego ucznia. Pospiesznie podbiegł do zasłoniętej kotarami i deskami witryny i odkluczył mosiężny zamek, wpuszczając go do środka bardzo pospiesznie i równie szybko (jak na swoje możliwości) zamknął je za nim zakluczając ponownie. Nie zamierzał dzisiaj spać. Nie zamierzał stąd uciekać. Jeżeli tu zginie to zginie.
– Samuel! Martwiłem się o ciebie chłopcze, ale miałem nadzieję, że uciekliście z Norą do Doliny i... – Chciał się trochę wytłumaczyć. Bo niby wypadało zawsze iść ludziom pomóc, ale prawda była taka, że pomijając to jak uparci potrafili być przejrzali czarodzieje przywiązani do miejsca jak do niczego innego, dochodziła jeszcze jedna sprawa – Ollivander bał się stąd wyjść.
no rain,
no flowers.
no flowers.