15.02.2023, 02:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2023, 04:58 przez Trevor Yaxley.)
Nie czuł się zwycięzcą w tym momencie. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. Zauważył zmianę w zachowaniu tej kobiety, rozczarowanie widoczne na jej twarzy kontrastujące z tym odczuwanym przez niego. To się nie zmieni. Zawsze chodziło o pieniądze i zawsze będzie chodzić. Nie zamierzał zatrzymywać tej wili za wszelką cenę, niech idzie w cholerę. Zadrżała mu prawa brew, kiedy nazwała go dusigroszem, najgorszym typem mężczyzny i stwierdziła, że jest pozbawiony zewu przygody. W pierwszej kwestii nie miała racji, gdyż nie miała pełnego obrazu sytuacji w której się znalazł i nie miała szans na to aby go poznać. Nie należał do grona wylewnych osób. Zwłaszcza na trzeźwo.
W lepszych czasach może nie szastał pieniędzmi na lewo i prawo, ale też wąż nie siedział w jego sakiewce. Wolał nie zaczynać rozważać tego, czy faktycznie jest pozbawiony zewu przygody. Mogłoby się okazać, że jednak to prawda. Życie, które wiódł te kilka lat temu, nie było pozbawione pewnych przygód. To były nie tylko te powiązane z klubami zainteresowań, ale chociażby te z pracą. Każde wyjście w teren mogło stanowić wyzwanie dla niego jako łowcy.
— Nie obchodzi mnie to — Wyburczał w stronę kobiety. Przecież nie będzie próbował uzmysłowić jej, że jest w błędzie. Nie zmieniało to faktu, że mogło być naprawdę miło. I nawet było przez jakiś czas. Obserwował ją jak oddala się od niego. Jeśli zmieni zdanie to ją odnajdzie. Jeszcze ten Sabat się nie skończył i jeśli Matka nie postanowi nasrać mu w życie (bardzo wygodne było obwinianie prawdopodobnie nieistniejącego bytu) ani Brygadziści sobie o nim nie przypomną to może skieruje się w stronę tamtego straganu i skorzysta z tej propozycji. — Na razie idę poszukać jedzenia i piwa — Rzucił na odchodne zanim odwróciła się do niego plecami i odeszła. Pobawił się trochę, stracił trochę złota i teraz pora poszukać czegoś nadającego się do zjedzenia. Pierwszym wymogiem było to aby zawartość jego talerza zawierała mięso. Musiało być też smacznie.
Przystanął na moment przed kolejnym barwnie (jeśli nie najbarwniej) przystrojonym stoiskiem z tych wszystkich, na które zwrócił swoją uwagę. Zarządzała nim młoda kobieta, na widok której doświadczył typowego dla osób z jego rodziny przeczucia. Nie była do końca człowiekiem. Ponadto machanie zawieszoną na sznurku kadzielnicą wskazywało na powiązanie z kowenem. Bijący z kadzielnicy aromat kadzidła najwyraźniej nie służył spotęgowaniu apetytu uczestników tego Sabatu. Jego na pewno nie spotęgował, bo poza słodkościami nie dostrzegł żadnego dania zawierającego mięso.
Kapłanów wszystkich istniejących kowenów starał się omijać szerokim łukiem, zwłaszcza tych mających w zwyczaju straszyć boskim gniewem albo potęgą sił natury. Polemizowałby też co do istnienia przeznaczenia. Bardzo trudno jest tłumaczyć występowanie wielu rzeczy, jak chociażby świadome stosowanie przemocy wobec drugiego człowieka tylko dlatego, że nie jest czystej krwi. Nie nazwałby też przeznaczeniem tego, co go spotkało w życiu.
— Czemu nie tańczysz razem z nimi? Nie wyglądasz na kogoś, kto ma grację buchorożca w składzie porcelany. Ja nie połamałem sobie nóg, gdy uległem urokowi tańczących wil... za to straciłem parę galeonów. Jestem Trevor, a ty jak masz na imię? Mogę się poczęstować ciastem? Na pierwszy rzut oka nie znalazłem na tym stole nic mięsnego — Zagadnął w jej stronę, z niewymuszonym uśmiechem. Zwrócił uwagę na to jak spoglądała w stronę kobiet odprawiających taniec rytualny. Prawdopodobnie. Żaden z niego znawca magii rytualnej, do której podchodził sceptycznie. W jego mniemaniu kapłanka musiała bawić się średnio, skoro przypadło jej machanie tą kadzielnicą. Już nawet on przez jakiś czas zdawał się bawić lepiej od niej. Prawdopodobny brak dań mięsnych przy tym stoisku ograniczał jego możliwości wyboru. Było to oczywiste, że nie umarłby po zjedzeniu jarskiego posiłku, ale samo go spożywanie byłoby drogą przez mękę. Wszelkich bezmięsnych dań na słodko nie dało się spożyć z mięsem, co stanowiło pewien wyjątek od podstawy jego diety.
Słowa: 611
W lepszych czasach może nie szastał pieniędzmi na lewo i prawo, ale też wąż nie siedział w jego sakiewce. Wolał nie zaczynać rozważać tego, czy faktycznie jest pozbawiony zewu przygody. Mogłoby się okazać, że jednak to prawda. Życie, które wiódł te kilka lat temu, nie było pozbawione pewnych przygód. To były nie tylko te powiązane z klubami zainteresowań, ale chociażby te z pracą. Każde wyjście w teren mogło stanowić wyzwanie dla niego jako łowcy.
— Nie obchodzi mnie to — Wyburczał w stronę kobiety. Przecież nie będzie próbował uzmysłowić jej, że jest w błędzie. Nie zmieniało to faktu, że mogło być naprawdę miło. I nawet było przez jakiś czas. Obserwował ją jak oddala się od niego. Jeśli zmieni zdanie to ją odnajdzie. Jeszcze ten Sabat się nie skończył i jeśli Matka nie postanowi nasrać mu w życie (bardzo wygodne było obwinianie prawdopodobnie nieistniejącego bytu) ani Brygadziści sobie o nim nie przypomną to może skieruje się w stronę tamtego straganu i skorzysta z tej propozycji. — Na razie idę poszukać jedzenia i piwa — Rzucił na odchodne zanim odwróciła się do niego plecami i odeszła. Pobawił się trochę, stracił trochę złota i teraz pora poszukać czegoś nadającego się do zjedzenia. Pierwszym wymogiem było to aby zawartość jego talerza zawierała mięso. Musiało być też smacznie.
Przystanął na moment przed kolejnym barwnie (jeśli nie najbarwniej) przystrojonym stoiskiem z tych wszystkich, na które zwrócił swoją uwagę. Zarządzała nim młoda kobieta, na widok której doświadczył typowego dla osób z jego rodziny przeczucia. Nie była do końca człowiekiem. Ponadto machanie zawieszoną na sznurku kadzielnicą wskazywało na powiązanie z kowenem. Bijący z kadzielnicy aromat kadzidła najwyraźniej nie służył spotęgowaniu apetytu uczestników tego Sabatu. Jego na pewno nie spotęgował, bo poza słodkościami nie dostrzegł żadnego dania zawierającego mięso.
Kapłanów wszystkich istniejących kowenów starał się omijać szerokim łukiem, zwłaszcza tych mających w zwyczaju straszyć boskim gniewem albo potęgą sił natury. Polemizowałby też co do istnienia przeznaczenia. Bardzo trudno jest tłumaczyć występowanie wielu rzeczy, jak chociażby świadome stosowanie przemocy wobec drugiego człowieka tylko dlatego, że nie jest czystej krwi. Nie nazwałby też przeznaczeniem tego, co go spotkało w życiu.
— Czemu nie tańczysz razem z nimi? Nie wyglądasz na kogoś, kto ma grację buchorożca w składzie porcelany. Ja nie połamałem sobie nóg, gdy uległem urokowi tańczących wil... za to straciłem parę galeonów. Jestem Trevor, a ty jak masz na imię? Mogę się poczęstować ciastem? Na pierwszy rzut oka nie znalazłem na tym stole nic mięsnego — Zagadnął w jej stronę, z niewymuszonym uśmiechem. Zwrócił uwagę na to jak spoglądała w stronę kobiet odprawiających taniec rytualny. Prawdopodobnie. Żaden z niego znawca magii rytualnej, do której podchodził sceptycznie. W jego mniemaniu kapłanka musiała bawić się średnio, skoro przypadło jej machanie tą kadzielnicą. Już nawet on przez jakiś czas zdawał się bawić lepiej od niej. Prawdopodobny brak dań mięsnych przy tym stoisku ograniczał jego możliwości wyboru. Było to oczywiste, że nie umarłby po zjedzeniu jarskiego posiłku, ale samo go spożywanie byłoby drogą przez mękę. Wszelkich bezmięsnych dań na słodko nie dało się spożyć z mięsem, co stanowiło pewien wyjątek od podstawy jego diety.
Słowa: 611