10.07.2025, 13:58 ✶
Musiała postarać się, by utrzymać pogodny wyraz twarzy, gdy Heather wspomniała o Warowni. Sam atak nie był dla niej zaskoczeniem: to, jak łatwo popiół i ogień pokonały wszystkie czary ochronne, stanowiło już szok. Brenna nigdy nie powiedziałaby tego głośno, ale Warownia już nie istniała. Mogli odbudować dom, to co najważniejsze – czyli mieszkańcy – ocalało, ale było już jasne, że jeśli istnieje jakieś bezpieczne miejsce w całej Anglii, to jest nim wyłącznie Hogwart.
Teraz to będzie po prostu dom Longbottomów, bo ostatecznie tym się okazał: zwykłym budynkiem. I Brenna kochała go dalej, chciała, by został odbudowany, ale jej odczucia były skomplikowane, a nie było mowy, aby zdołała się z nimi uporać teraz, gdy były dużo ważniejsze rzeczy do ogarnięcia.
– Wciąż pewnie macie trochę sprzątania, a ogarnianie tego z tą nogą nie jest łatwe. Nie stało się tam nic dziwnego? W niektórych budynkach pojawiły się runy, ślady dłoni i inne, dziwne rzeczy – zdążyła jeszcze powiedzieć, zanim całą jej uwagę ściągnął żywopłotowy labirynt.
Szła powoli do przodu, kilka kroków przed Heather, zostawiając tu i ówdzie landrynkę, ot żeby wiedziały, gdyby zaczęły krążyć w kółko. Czar Wood nie zadziałał – trudno było powiedzieć, czy magii labiryntu nie dało się rozproszyć, czy może po prostu zaklęcie było nieudane.
– Ostatnio zaczynam coraz bardziej żałować, że średnio uważałam na lekcjach zielarstwa. A to próbują mnie udusić diabelskie sidła, a kogoś ujebie tentakula… – …chociaż to był Stanley Borgin i żałowała wręcz, że ostatecznie udało się ustalić dzięki innemu Brygadziście, co mu dolega… - …a to łapie nas oszalały żywopłot? Totalnie powinnam sięgnąć po książki przyrodnicze – oceniła Brenna. Skręciła w dobrą stronę, przynajmniej na razie, bo nie natknęły się z powrotem na landrynki, ale zaraz stanęli przed kolejnym rozwidleniem i Brenna przystanęła, zastanawiając się, w którą stronę skręcić teraz. – Jestem ciekawa, jak szybko zaczną nas szukać, jeśli tu utkniemy. I czy wpadną na to, że utknęłyśmy w dziwacznym, magicznym labiryncie… Ten roślinny łuk był tutaj wcześniej, kiedyś nawet go sobie oglądałam, ale nie przeszłam pod nim… Trzeba będzie potem podpytać miejscowych – orzekła, optymistycznie zakładając, że jednak dadzą radę jakoś stad wyjść. Byłoby mimo wszystko głupio, gdyby za parę lat ktoś odnalazł ich kości, bo umarły tutaj, pokonane przez żywopłot. – Hej, wyznaczyliście już datę? – rzuciła beztrosko, skręcając w kolejną, żywopłotową alejkę.
Percepcja, szukanie wyjścia
Teraz to będzie po prostu dom Longbottomów, bo ostatecznie tym się okazał: zwykłym budynkiem. I Brenna kochała go dalej, chciała, by został odbudowany, ale jej odczucia były skomplikowane, a nie było mowy, aby zdołała się z nimi uporać teraz, gdy były dużo ważniejsze rzeczy do ogarnięcia.
– Wciąż pewnie macie trochę sprzątania, a ogarnianie tego z tą nogą nie jest łatwe. Nie stało się tam nic dziwnego? W niektórych budynkach pojawiły się runy, ślady dłoni i inne, dziwne rzeczy – zdążyła jeszcze powiedzieć, zanim całą jej uwagę ściągnął żywopłotowy labirynt.
Szła powoli do przodu, kilka kroków przed Heather, zostawiając tu i ówdzie landrynkę, ot żeby wiedziały, gdyby zaczęły krążyć w kółko. Czar Wood nie zadziałał – trudno było powiedzieć, czy magii labiryntu nie dało się rozproszyć, czy może po prostu zaklęcie było nieudane.
– Ostatnio zaczynam coraz bardziej żałować, że średnio uważałam na lekcjach zielarstwa. A to próbują mnie udusić diabelskie sidła, a kogoś ujebie tentakula… – …chociaż to był Stanley Borgin i żałowała wręcz, że ostatecznie udało się ustalić dzięki innemu Brygadziście, co mu dolega… - …a to łapie nas oszalały żywopłot? Totalnie powinnam sięgnąć po książki przyrodnicze – oceniła Brenna. Skręciła w dobrą stronę, przynajmniej na razie, bo nie natknęły się z powrotem na landrynki, ale zaraz stanęli przed kolejnym rozwidleniem i Brenna przystanęła, zastanawiając się, w którą stronę skręcić teraz. – Jestem ciekawa, jak szybko zaczną nas szukać, jeśli tu utkniemy. I czy wpadną na to, że utknęłyśmy w dziwacznym, magicznym labiryncie… Ten roślinny łuk był tutaj wcześniej, kiedyś nawet go sobie oglądałam, ale nie przeszłam pod nim… Trzeba będzie potem podpytać miejscowych – orzekła, optymistycznie zakładając, że jednak dadzą radę jakoś stad wyjść. Byłoby mimo wszystko głupio, gdyby za parę lat ktoś odnalazł ich kości, bo umarły tutaj, pokonane przez żywopłot. – Hej, wyznaczyliście już datę? – rzuciła beztrosko, skręcając w kolejną, żywopłotową alejkę.
Percepcja, szukanie wyjścia
Rzut PO 1d100 - 8
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.