10.07.2025, 14:33 ✶
- Ardisia crenata – powiedziała Mackenzie, co pewnie brzmiało jeszcze bardziej absurdalnie niż to martwienie się o kwiatka: jakby nie zrozumiała, że tak naprawdę Thomas wcale nie upewniał się, że zniszczeniu uległ kwiatek, a raczej wyrażał zaskoczenie tym, że w ogóle się tym teraz przejmowała. Pewnie w innych okolicznościach nawet do Greengrass dotarłoby, że to głupie – w jej mieszkaniu zostało w końcu wiele innych kwiatków. Ale umysł dziewczyny zapętlił się teraz na ocaleniu przynajmniej tych rzeczy, które wyniosła z budynku, i chyba nie do końca dopuszczała do siebie myśl o tym, że powinna teraz martwić się raczej o własne życie.
Dlatego przycisnęła do siebie doniczkę z uszkodzonym kwiatem, podniesionym z ziemi, przez chwilę spoglądając na Thomasa z miną, niewyrażającą w tej chwili absolutnie niczego. Próbowała przetworzyć podane jej informacje: Londyn płonie, płoną niektóre jego części… Potem zadarła głowę, spoglądając na dym, chmury i zakasłała zaraz, czując ból w płucach.
– Gdziekolwiek, gdzie nie płonie? – wyrzuciła w końcu z siebie, kiedy spytał, czy ma dokąd się udać. Pomyślała o domu matki w Hogsmeade, ale bardzo, bardzo nie chciała wpaść tam cuchnąca dymem i pobrudzona popiołem, poza tym nie dałaby rady teleportować się tam aż z Londynu – a nie było mowy, żeby pozwoliła sobie na dwie teleportacje. Źle je znosiła, a teraz czuła się paskudnie.
Myśl o Mungu przeszła jej przelotnie przez głowę, ale zaraz uznała, że uzdrowiciela bezpieczniej będzie szukać poza Londynem.
Potem pomyślała o Avelinie – ale przypomniała sobie, że jej nie było w Anglii.
Theodore wyjechał. Przynajmniej nic mu nie groziło.
Nie miała dokąd iść, chyba że do jednego z zawodników, ale większość z nich też mieszkała w Londynie, a ci, którzy nie, pewnie będą przede wszystkim martwić się o swoich bliskich.
Lista przyjaciół, bliskich znajomych i krewnych Mackenzie była żałośnie krótka.
– Dam radę. Jeżeli nie będzie płonęło. Teleportuję się – powiedziała po prostu. Na niewielką odległość, skoro tylko Londyn płonął. Może lekarz drużyny, mieszkający kawałek stąd, zgodzi się udzielić jej pomocy, jeśli mu zapłaci… i tu Mackenzie przez moment poczuła prawdziwą panikę, nie o swoje życie, ale na myśl o banku: jeżeli płonął, mogły płonąć i jej pieniądze, i znowu będzie biedna. Ale skrytki były w podziemiach. Prawda? – Dzięki za uratowanie sąsiada. Cześć – rzuciła, jak gdyby nigdy nic, wciągnęła głęboko powietrze, a potem znikła z trzaskiem: teleportując się do miejscowości w sąsiednim hrabstwie, gdzie padła na trawę, by zwymiotować.
Dlatego przycisnęła do siebie doniczkę z uszkodzonym kwiatem, podniesionym z ziemi, przez chwilę spoglądając na Thomasa z miną, niewyrażającą w tej chwili absolutnie niczego. Próbowała przetworzyć podane jej informacje: Londyn płonie, płoną niektóre jego części… Potem zadarła głowę, spoglądając na dym, chmury i zakasłała zaraz, czując ból w płucach.
– Gdziekolwiek, gdzie nie płonie? – wyrzuciła w końcu z siebie, kiedy spytał, czy ma dokąd się udać. Pomyślała o domu matki w Hogsmeade, ale bardzo, bardzo nie chciała wpaść tam cuchnąca dymem i pobrudzona popiołem, poza tym nie dałaby rady teleportować się tam aż z Londynu – a nie było mowy, żeby pozwoliła sobie na dwie teleportacje. Źle je znosiła, a teraz czuła się paskudnie.
Myśl o Mungu przeszła jej przelotnie przez głowę, ale zaraz uznała, że uzdrowiciela bezpieczniej będzie szukać poza Londynem.
Potem pomyślała o Avelinie – ale przypomniała sobie, że jej nie było w Anglii.
Theodore wyjechał. Przynajmniej nic mu nie groziło.
Nie miała dokąd iść, chyba że do jednego z zawodników, ale większość z nich też mieszkała w Londynie, a ci, którzy nie, pewnie będą przede wszystkim martwić się o swoich bliskich.
Lista przyjaciół, bliskich znajomych i krewnych Mackenzie była żałośnie krótka.
– Dam radę. Jeżeli nie będzie płonęło. Teleportuję się – powiedziała po prostu. Na niewielką odległość, skoro tylko Londyn płonął. Może lekarz drużyny, mieszkający kawałek stąd, zgodzi się udzielić jej pomocy, jeśli mu zapłaci… i tu Mackenzie przez moment poczuła prawdziwą panikę, nie o swoje życie, ale na myśl o banku: jeżeli płonął, mogły płonąć i jej pieniądze, i znowu będzie biedna. Ale skrytki były w podziemiach. Prawda? – Dzięki za uratowanie sąsiada. Cześć – rzuciła, jak gdyby nigdy nic, wciągnęła głęboko powietrze, a potem znikła z trzaskiem: teleportując się do miejscowości w sąsiednim hrabstwie, gdzie padła na trawę, by zwymiotować.
Koniec sesji