10.07.2025, 15:09 ✶
Nowoprzybyły nie odpowiedział na uśmiech, jedynie skinął lekko głową i zajął miejsce naprzeciw biurka Shafiqa. Usiadł prosto, starannie wyrównując fałdę ministerialnej szaty. Jego dłonie spoczęły na udach, lewa bezczynna, palec wskazujący prawej potarł o kciuk i zamarł.
Lazarus wiedział oczywiście o nieocenionej roli Lisy Velaris u boku Anthony'ego. Wiedział o plotkach dotyczących prywatnego charakteru ich relacji. Co ważniejsze, wiedział, że z jednej strony zastąpienie Velaris będzie dużym wyzwaniem, ale z drugiej po jej nagłej stracie szef OMSHM znajduje się prawdopodobnie na wrażliwej pozycji, zwłaszcza w świetle jego dotychczasowego systemu pracy - częstych nieobecności w biurze i pozostawiania większości bieżących zadań na barkach swego zastępcy i swojej asystentki.
Teraz był sam.
Lovegood wytrzymał spojrzenie stalowoszarych oczu może przez kilka sekund, potem mrugnął i jego wzrok zjechał w dół, na stosiki kopert i pergaminów na blacie biurka. Jeden z listów był ewidentną przesyłką reklamową, w dodatku jak na ironię z jakimś krwistoczerwonym logo. Co w ogóle robił na stole kierownika?
Chaos, pomyślał Lazarus. I za dużo tych kupek. Powstrzymał odruch wyrównania najbliższej z nich.
Na chwilę ponownie zerknął w oczy Shafiqa, który zadał pytanie o oklumencję. Był pewien, że rozmawiali już o tym kiedyś, podczas tej… sprawy z przeszłości. A może nie? Pamięć płatała mu figle, jeżeli chodziło o tamten czas. Nieistotne. Skoro Anthony pytał, to raczej nie był legilimentą. Informacja do zapamiętania.
- Tak, jestem oklumentą, jeszcze od czasów mojej pracy jako archeolog.
Nie posiadł przeciwnej sztuki, legilimencji, ale nie tego dotyczyło pytanie, więc milczał. Ciekawe, jakież to tajemnice są ukryte w Organie Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, że jego szef tak bardzo potrzebuje oklumentów? Nie był specjalnie zdziwiony. Shafiq dał mu się poznać lata temu jako zwinny, niczym wąż, tkający sieci, niczym pająk i nade wszystko - ostrożny. Można się było po nim spodziewać… tajemnic.
Lovegood był wdzięczny za brak small-talku, w teorii może i mającego rozładować napięcie, ale w praktyce rozpraszającego i wymagającego podziału uwagi. Oficjalny ton rozmowy nie odwracał uwagi od lekkiego zdenerwowania, które czuł mimo całego swego opanowania i doświadczenia w lawirowaniu w biurokratycznej dżungli Ministertwa. To dobrze. Stres mobilizował. Stres nie pozwalał opuszczać gardy. Nie jesteś tu bezpieczny. Znowu złapał się na mimowolnym ruchu dłoni.
Rzeczowe pytanie Shafiqa nie zmieszało go ani trochę, wręcz przeciwnie, przypomniało mu, dlaczego chciałby dla niego pracować. Przez twarz klątwołamacza przemknął ledwie dostrzegalny uśmiech. Konkretne wymagania. Jasne komunikaty. Dobrze. Mężczyzna naprzeciw usiadł wygodniej i wbił w niego uważne spojrzenie, a Lazarus pozwolił sobie na nieco pewniejsze oparcie się na krześle i zawiesił wzrok na beżowej ścianie tuż nad ramieniem rozmówcy, czekając na dalsze pytania.
Lazarus wiedział oczywiście o nieocenionej roli Lisy Velaris u boku Anthony'ego. Wiedział o plotkach dotyczących prywatnego charakteru ich relacji. Co ważniejsze, wiedział, że z jednej strony zastąpienie Velaris będzie dużym wyzwaniem, ale z drugiej po jej nagłej stracie szef OMSHM znajduje się prawdopodobnie na wrażliwej pozycji, zwłaszcza w świetle jego dotychczasowego systemu pracy - częstych nieobecności w biurze i pozostawiania większości bieżących zadań na barkach swego zastępcy i swojej asystentki.
Teraz był sam.
Lovegood wytrzymał spojrzenie stalowoszarych oczu może przez kilka sekund, potem mrugnął i jego wzrok zjechał w dół, na stosiki kopert i pergaminów na blacie biurka. Jeden z listów był ewidentną przesyłką reklamową, w dodatku jak na ironię z jakimś krwistoczerwonym logo. Co w ogóle robił na stole kierownika?
Chaos, pomyślał Lazarus. I za dużo tych kupek. Powstrzymał odruch wyrównania najbliższej z nich.
Na chwilę ponownie zerknął w oczy Shafiqa, który zadał pytanie o oklumencję. Był pewien, że rozmawiali już o tym kiedyś, podczas tej… sprawy z przeszłości. A może nie? Pamięć płatała mu figle, jeżeli chodziło o tamten czas. Nieistotne. Skoro Anthony pytał, to raczej nie był legilimentą. Informacja do zapamiętania.
- Tak, jestem oklumentą, jeszcze od czasów mojej pracy jako archeolog.
Nie posiadł przeciwnej sztuki, legilimencji, ale nie tego dotyczyło pytanie, więc milczał. Ciekawe, jakież to tajemnice są ukryte w Organie Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, że jego szef tak bardzo potrzebuje oklumentów? Nie był specjalnie zdziwiony. Shafiq dał mu się poznać lata temu jako zwinny, niczym wąż, tkający sieci, niczym pająk i nade wszystko - ostrożny. Można się było po nim spodziewać… tajemnic.
Lovegood był wdzięczny za brak small-talku, w teorii może i mającego rozładować napięcie, ale w praktyce rozpraszającego i wymagającego podziału uwagi. Oficjalny ton rozmowy nie odwracał uwagi od lekkiego zdenerwowania, które czuł mimo całego swego opanowania i doświadczenia w lawirowaniu w biurokratycznej dżungli Ministertwa. To dobrze. Stres mobilizował. Stres nie pozwalał opuszczać gardy. Nie jesteś tu bezpieczny. Znowu złapał się na mimowolnym ruchu dłoni.
Rzeczowe pytanie Shafiqa nie zmieszało go ani trochę, wręcz przeciwnie, przypomniało mu, dlaczego chciałby dla niego pracować. Przez twarz klątwołamacza przemknął ledwie dostrzegalny uśmiech. Konkretne wymagania. Jasne komunikaty. Dobrze. Mężczyzna naprzeciw usiadł wygodniej i wbił w niego uważne spojrzenie, a Lazarus pozwolił sobie na nieco pewniejsze oparcie się na krześle i zawiesił wzrok na beżowej ścianie tuż nad ramieniem rozmówcy, czekając na dalsze pytania.