Skinął głową potwierdzając tok rozumowania Anthony'ego. Jego był taki sam. Zmiany w społeczeństwie nigdy nie były proste. Tworzenie rewolucji również nie było celem Laurenta - tak się składa, że rewolucje pożerały swoje własne dzieci, a chwilowo blondyn wcale nie chciał umierać. Flirtował z nekromnacją, a w zeszłym miesiącu zbyt dosłownie ze Śmiercią - tych romansów mu wystarczy. Przynajmniej wystarczyło na dzień dzisiejszy, w którym siedział z przystojnym, elokwentnym mężczyznom w przytulnej lokacji, gdzie łączyło ich to samo - moda. Ta wszędobylska, dumnie rozgłaszana, jak i przede wszystkim - ta własna. Ponadczasowo elegancka, gdzie ukłon w kierunku tradycji mieszał się ze współczesnym wpływem świata mugolskiego. Laurent uwielbiał kolorowe ptaki i uwielbiał kolorowość mugolskiego świata, którego doświadczał przypadkiem, albo poprzez swoją kuzynkę, Electre. Nie, dziś chciał flirtować ze Smokiem. Szeptać mu o diamentach do uszka i jadeicie tak cennym, że Cesarzowie pochowali go zaborczo pod swoimi grobowcami i zasypali gruzem. O złocie, tym najczystszym, prosto z legend, które płynie z jego żył i będzie płynąć szybciej chociaż za jednym spojrzeniem. Zamiast tego pięknie się uśmiechał i podziwiał pomnik ze spiżu, którego skóra była zapewne równie miękka jak egipska bawełna, z której zrobiony był szlafrok, jaki mu ostatnio użyczył.
Nie dało się więc nie rozkwitać, jak Róża z Zaczarowanego Ogrodu, kiedy promieniami słońca było spojrzenie drugiej strony. Tymi skradzionymi z Nieba, podstępem, specjalnie. Powstrzymywanie się przed kokieteryjnością miało tutaj wydźwięk powstrzymywania się przed słowem i gestem, ale wcale nie darował sobie tych subtelnych, jakże niewinnych uśmiechów, drobnych przesunięć palców, gdy dłonie akcentowały dokładnie ten element ciała, na który chciał, by rozmówca zwrócił uwagę. Każdy gest był tutaj wyważony. Miał swoje krople leniwości, a zarazem wcale nie były opieszałe. Niewinność. Wiele osób mu tak mówiło - że wygląda niewinnie. A on odpowiadał niewinnym uśmiechem.
- Wiele elementów składa się na moje gorące zainteresowanie Knieją oraz Polaną Ognisk, na której ciągle drzemie niebezpieczeństwo następstw Beltane. Walka o dostęp do tamtego miejsca przeciąga się zbyt długo, ale nie próżnowałem i na szczęście w końcu są efekty. Wątpię, by Minister Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami odmówił mi przepustki na te tereny. Sądzę, że problematyka raczej drzemie w zupełnym braku informacji od strony Departamentu Tajemnic, który odgrodził Polanę. A ta zaś jest, moim zdaniem, źródłem istot, które pojawiły się na terenie Doliny Godryka. Mam śmiałą nadzieję na identyfikację nowego gatunku, bardzo podobnego zresztą dementorom. - Ach, oczywiście! Laurent był pasjonatem. A tą pasją łatwo sam promieniował, kiedy tylko pojawiała się ku temu okazja. - Choć podejrzewam, że to już Pana nie interesuje. - Uśmiechnął się z błyskiem rozbawienia w oku.
Nie było jednak niewinności tam, gdzie dostrzegało się diament. Jak nie było egipskiej bawełny w miejscu, gdzie widziało się smocze kły, głodne każdej kropli złota, jaka tylko mogła spłynąć z żył i popłynąć rzekami ze starych grobowców cesarskich. Mimo to Laurent widział człowieka, a człowiek ten niósł za sobą podziw, za którym warto było podążać, który chciało się admirować.
- Więc pozwolę sobie zamienić "nadzieję" na "plany". - Słowa mężczyzny były jak wysunięty pakt do podpisania przez diabła. Więc właśnie go podpisał. Imię, nazwisko, litery miały skrzydła jak biały puch anielskości oplatający Laurenta. Pergamin z tego złota, atrament z jadeitu. Ludzkie pragnienia bywały przedziwne. A Laurent był niezwykle ciekaw, gdzie to wszystko mogło ich doprowadzić.