11.07.2025, 10:24 ✶
Była zmęczona. Czuła, że zawiodła pod wieloma względami, a poczucie beznadziei ogarniało Anglię niczym mgła, która towarzyszyła czasem pojawieniu się dementorów: lepka, wilgotna, chłodząca ciała i dusze. Mimo to Brenna nie uważała, że zostali pokonani.
Jeszcze nie.
– Powoli ze wszystkim – przytaknęła, nieświadoma, że myśli Samuela chodziły wokół Kniei. Tutaj zasadniczo zrobiła wszystko, co tylko mogła, zbierała informacje, przekazywała je i zderzała się ze ścianą – ale wyglądało na to, że Morpheusowi przynajmniej udało się trochę przez ten mur przebić i być może jednak Departament Tajemnic coś wreszcie zrobi. Wiedziała już, że najwyraźniej istnieją runy lub pieczęcie, które mogły przed nimi chronić, i parę innych rzeczy: od Geraldine, od kotów, od Hjalmara, po konsultacji z Thomasem. Ale na razie milczała, nie wiedząc, co miał na myśli.
– Pewnie, że wiem. Ale to działa w dwie strony? Ja jestem beznadziejna w takich sprawach, za to mam złoto, które leży zimne i niepotrzebne w skrytce, a może pomóc postawić warsztat, żebyś mógł zrobić meble dla nas… i inni też stracili domy, na pewną będą mieli zlecenia… – zaczęła, po czym urwała, kiedy McGonagall wspomniał o powrocie do leśniczówki.
Przez chwilę po prostu wpatrywała się gdzieś przed siebie, w milczeniu. Nie wierzyła, że powrót tam i odcięcie od świata będą dla niego dobre. Nie chciała, by tam wracał.
Ale ostatecznie liczyły się jego życzenia.
I może, może: na to mogła mieć nadzieję – zmieni jeszcze zdanie, zanim ten moment nastąpi.
Nie patrzyła na niego, ale sięgnęła ku jego ręce.
– Jest pewna runa, która może mieć wpływ na te zjawy – powiedziała w zamyśleniu. – Pisałam z kowalem i z osobą, która zna się na runach. – Aegishjalmar? Tak to nazwał Thomas? – A jakieś runy zdają się móc przed nimi chronić… Może uda się jakoś zabezpieczyć przed nimi, ale dowiedziałam się tego wszystkiego w ostatnich dniach.
Nie zdążyła nawet spróbować czegoś z tym zrobić, bo przydarzył się mały koniec świata.
– Sam? Chciałbyś odwiedzić azyl dla zwierząt McGonagallów? Czy może byłeś tam już z Guinevere?
Jeszcze nie.
– Powoli ze wszystkim – przytaknęła, nieświadoma, że myśli Samuela chodziły wokół Kniei. Tutaj zasadniczo zrobiła wszystko, co tylko mogła, zbierała informacje, przekazywała je i zderzała się ze ścianą – ale wyglądało na to, że Morpheusowi przynajmniej udało się trochę przez ten mur przebić i być może jednak Departament Tajemnic coś wreszcie zrobi. Wiedziała już, że najwyraźniej istnieją runy lub pieczęcie, które mogły przed nimi chronić, i parę innych rzeczy: od Geraldine, od kotów, od Hjalmara, po konsultacji z Thomasem. Ale na razie milczała, nie wiedząc, co miał na myśli.
– Pewnie, że wiem. Ale to działa w dwie strony? Ja jestem beznadziejna w takich sprawach, za to mam złoto, które leży zimne i niepotrzebne w skrytce, a może pomóc postawić warsztat, żebyś mógł zrobić meble dla nas… i inni też stracili domy, na pewną będą mieli zlecenia… – zaczęła, po czym urwała, kiedy McGonagall wspomniał o powrocie do leśniczówki.
Przez chwilę po prostu wpatrywała się gdzieś przed siebie, w milczeniu. Nie wierzyła, że powrót tam i odcięcie od świata będą dla niego dobre. Nie chciała, by tam wracał.
Ale ostatecznie liczyły się jego życzenia.
I może, może: na to mogła mieć nadzieję – zmieni jeszcze zdanie, zanim ten moment nastąpi.
Nie patrzyła na niego, ale sięgnęła ku jego ręce.
– Jest pewna runa, która może mieć wpływ na te zjawy – powiedziała w zamyśleniu. – Pisałam z kowalem i z osobą, która zna się na runach. – Aegishjalmar? Tak to nazwał Thomas? – A jakieś runy zdają się móc przed nimi chronić… Może uda się jakoś zabezpieczyć przed nimi, ale dowiedziałam się tego wszystkiego w ostatnich dniach.
Nie zdążyła nawet spróbować czegoś z tym zrobić, bo przydarzył się mały koniec świata.
– Sam? Chciałbyś odwiedzić azyl dla zwierząt McGonagallów? Czy może byłeś tam już z Guinevere?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.