11.07.2025, 11:55 ✶
– Wow, to są zajebiste wieści, szczerze mówiąc potrzebowałam ich w chuj mocno, po tym rozjebaniu co się dzieje dookoła. Będę pić dzisiaj za to, żeby już się to nie zmieniało stara, możemy nakurwiać o tym, że samemu lepiej, ale... szczerze w to nie wierzę– przyznała. Na wzmiankę o problemie o którym Stonks nie chciała jej się przyznać tylko pokiwała ze zrozumieniem głową. Nie zamierzała robić jej z tego tytułu wyrzutów, no bo i dlaczego miałaby? Obie były dorosłe, obie wybierały to co chciały sobie powiedzieć. Moody ostatecznie też nie paplała o swojej całkiem niezdrowej fascynacji własnym bratem, zwłaszcza wtedy gdy odkryła brak pewnych barier w fantazjach które zaprowadzały ją stanowczo za daleko. Wiedziały dwie osoby i to zupełnym przypadkiem. O dwie za dużo. – Najważniejsze, że to już za Tobą, a w prezencie dostałaś niezłą duperę z którą kiedyś było Ci dobrze. Takie trudne sprawy łączą. – Spalona noc... Uciekła na moment wzrokiem do swoich trudnych spraw, które mocno pokomplikowały jej własne sercowe rozkminy. Chciała to wszystko wyjebać przez okno i skupić się na sobie. I co? I czuła się w chuj za dobrze, gdy jej pokój mieścił te dwie osoby więcej...
– Dobra już dobra, niech Ci będzie. Chce medal i awans – parsknęła rozbawiona, ale gdzieś tam do jej ptasiego mózgu docierał komplement i fakt, że rzeczywiście zrobiła sporo. Filary jej przekonań na własny temat o tym jak bezużyteczna jest kruszały pod naporem faktów. No ale trochę wiatru musiałoby w nie jeszcze ponapierdalać... – Pewnie nawet się nie skumają, że na chorobowym tyle zapierdalałam, z resztą nie ważne. Uśmiech bombelka najważniejszy! – Zakpiła całkiem otwarcie, próbując jakoś zasłonić wrażliwy brzuszek sarkazmem. Nie była przyzwyczajona by myśleć o sobie dobrze, by poklepywać się po ramieniu i mówić "dobra robota". To nie było dla niej... normalne.
– Wiesz, to mogło być tak, że zostały tam wtłoczone i zabrane od razu na powrót do Kniei, z resztą te które były w Londynie nie wysysały lat tylko wtłaczały... coś. Myśli, słowa... Może to inny nie wiem... gatunek? Może jakieś magimutanty? – Nie miała pojęcia jak to ponazywać, więc używała nazw zaciągniętych z jakiejś pulpowej literatury, która czasem wpadała jej w ręce. – Cokolwiek, chciałaby żeby MnMsy chociaż jedną sprawę zamknęły, a mam wrażenie, że tamtym na górze jest na rękę, że to stoi i gnije, że się nie rusza do przodu. – Burczała na administrację podobnie jak Ger. Tonęli w biurokracji, w raportach, w zeznaniach, w papierach, a upiorzyska sobie pełzały i atakowały ludzi. Oczywiście Miles nie brała pod uwagę takich rzeczy jak... brak ludzi po Beltane, przyspieszone szkolenia nowych brygadzistów też spalały czas i zasoby, było wiele zmiennych wiele czynników... kto by jednak przy piwerku na klifu brał je pod uwagę? Na pewno nie ona!
– Dzięki stara, wiesz możesz pomyśleć, że było ładne, bo miałam ładną modelkę czy coś. W ogóle jakbyś chciała, tak myślałam po tym naszym śniadanku u Bertiego, ja bym chętnie namalowała Cię całą. Twoje ciało jest wykurwiście piękne, lekcja anatomii za frajer! Owinę Cię kawałkiem prześcieradła, dam łuk w rękę, będzie epicko! – fantazjowała sobie dalej, a widząc oburzenie Geraldine na poprzednią propozycję tylko parsknęła – No się nie zesraj tylko, myślałam że lubisz być na górze! – nie schodziła z żartobliwego tonu, trochę toporna w rozpoznawaniu cudzych emocji nie ogarniając, że dotyka czegoś co dla jej rozmówczyni może być bardzo wrażliwą strefą. – Ale do łóżka nie będę Wam wchodzić słuchaj, namaluję co zechcesz i jak zechcesz na tym to polega, ta praca. Żeby na dłużej łapać coś co jest piękne i ważne dla Ciebie w życiu... – uśmiechnęła się pojednawczo, z pianą oblepiającą górną wargę. Nie chciała mówić o tych innych obrazach, które nie były piękne ani ważne, które były pełne krwi i trupów, albo szarych jednorodnych istot, rąk rozdzierających jej ciało. Zmuszała się, aby nie malować tylko tego co czuła w środku. I bardzo, bardzo, bardzo chciała, żeby to co mówi teraz Geraldine o swoim malowaniu było prawdą. – A ze mną to wiesz... Jak próbuje się skupiać, to... – westchnęła ciężko gubiąc lekki ton, – nawet nie wiem na co do końca patrzeć.
– Dobra już dobra, niech Ci będzie. Chce medal i awans – parsknęła rozbawiona, ale gdzieś tam do jej ptasiego mózgu docierał komplement i fakt, że rzeczywiście zrobiła sporo. Filary jej przekonań na własny temat o tym jak bezużyteczna jest kruszały pod naporem faktów. No ale trochę wiatru musiałoby w nie jeszcze ponapierdalać... – Pewnie nawet się nie skumają, że na chorobowym tyle zapierdalałam, z resztą nie ważne. Uśmiech bombelka najważniejszy! – Zakpiła całkiem otwarcie, próbując jakoś zasłonić wrażliwy brzuszek sarkazmem. Nie była przyzwyczajona by myśleć o sobie dobrze, by poklepywać się po ramieniu i mówić "dobra robota". To nie było dla niej... normalne.
– Wiesz, to mogło być tak, że zostały tam wtłoczone i zabrane od razu na powrót do Kniei, z resztą te które były w Londynie nie wysysały lat tylko wtłaczały... coś. Myśli, słowa... Może to inny nie wiem... gatunek? Może jakieś magimutanty? – Nie miała pojęcia jak to ponazywać, więc używała nazw zaciągniętych z jakiejś pulpowej literatury, która czasem wpadała jej w ręce. – Cokolwiek, chciałaby żeby MnMsy chociaż jedną sprawę zamknęły, a mam wrażenie, że tamtym na górze jest na rękę, że to stoi i gnije, że się nie rusza do przodu. – Burczała na administrację podobnie jak Ger. Tonęli w biurokracji, w raportach, w zeznaniach, w papierach, a upiorzyska sobie pełzały i atakowały ludzi. Oczywiście Miles nie brała pod uwagę takich rzeczy jak... brak ludzi po Beltane, przyspieszone szkolenia nowych brygadzistów też spalały czas i zasoby, było wiele zmiennych wiele czynników... kto by jednak przy piwerku na klifu brał je pod uwagę? Na pewno nie ona!
– Dzięki stara, wiesz możesz pomyśleć, że było ładne, bo miałam ładną modelkę czy coś. W ogóle jakbyś chciała, tak myślałam po tym naszym śniadanku u Bertiego, ja bym chętnie namalowała Cię całą. Twoje ciało jest wykurwiście piękne, lekcja anatomii za frajer! Owinę Cię kawałkiem prześcieradła, dam łuk w rękę, będzie epicko! – fantazjowała sobie dalej, a widząc oburzenie Geraldine na poprzednią propozycję tylko parsknęła – No się nie zesraj tylko, myślałam że lubisz być na górze! – nie schodziła z żartobliwego tonu, trochę toporna w rozpoznawaniu cudzych emocji nie ogarniając, że dotyka czegoś co dla jej rozmówczyni może być bardzo wrażliwą strefą. – Ale do łóżka nie będę Wam wchodzić słuchaj, namaluję co zechcesz i jak zechcesz na tym to polega, ta praca. Żeby na dłużej łapać coś co jest piękne i ważne dla Ciebie w życiu... – uśmiechnęła się pojednawczo, z pianą oblepiającą górną wargę. Nie chciała mówić o tych innych obrazach, które nie były piękne ani ważne, które były pełne krwi i trupów, albo szarych jednorodnych istot, rąk rozdzierających jej ciało. Zmuszała się, aby nie malować tylko tego co czuła w środku. I bardzo, bardzo, bardzo chciała, żeby to co mówi teraz Geraldine o swoim malowaniu było prawdą. – A ze mną to wiesz... Jak próbuje się skupiać, to... – westchnęła ciężko gubiąc lekki ton, – nawet nie wiem na co do końca patrzeć.