Geraldine i Benjy znajdowali się na rufie. Z dala od swoich kompanów, z którymi nie mogli się porozumieć, zresztą każdy z nich zajął inną pozycję. Yaxley nie zrobiła tego bez powodu, chciała zobaczyć, jak wygląda morze za nimi - dlatego właśnie znalazła się wraz z Feniwckiem na końcu statku. Miała świadomość, że węże mogły się rozdzielić. Mówiono przecież o trzech sztukach.
Na początku nic nie zwracało jej uwagi, oparła się więc o falszburtę i obserwowała morze. Zdawała sobie sprawę, że te skały, które znalazły się przed nimi były wężem, bo wiedział o tym już cały statek, jednak to nie mógł być koniec. Wtedy też odezwał się jej szósty zmysł, ciało się spięło i informowało Yaxley o tym, że coś się zbliża. Później zobaczyła cień pod wodą, dosyć szybko zrozumiała, co za nimi płynie.
- Drugi jest za nami. - Pewnie sam zauważył, ale postanowiła mimo wszystko przekazać mu jasną informację. - To na pewno wąż, nie wiem gdzie jest trzeci. - Póki co jeszcze nie wyczuwała kolejnego zagrożenia. - Jest dosyć daleko, możemy więc poczekać, aż sam nas zaatakuje, wtedy nie będą mieli argumentów, żeby się do nas dojebać, widziałeś, że tam nie ma z kim rozmawiać. - Geraldine nie była zadowolona z tego, jak przebiegły przygotowania do akcji. Lepiej było poczekać i sięgnąć po przemoc, bo zwierzęta i tak były rozjuszone i agresywne, więc spodziewała się, że skończy się to w jedyny, możliwy sposób. Spokojne i pokojowo nastawione zwierzęta nie rozdzielały się w ten sposób i nie szykowały się do zasadzki. Jako, że sama była łowczą wiedziała, w jaki sposób przeprowadza się podobne działania, niejeden raz zdarzyło jej się korzystać z podobnych metod podczas polowania. - Najprawdopodobniej szykują na nas zasadzkę, myślę, że najlepiej będzie się ich pozbywać pojedynczo. Zaczniemy od tego, to może ten trzeci postanowi się dołączyć. Możemy atakować go równocześnie, Ty strzelisz kuszy, ja rzucę harpunem, we dwójkę powinno nam pójść szybko pozbycie się jednego osobnika. - Mimo tego, że z Benjym miewali problemy z komunikacją, to w tym przypadku wiedziała, że może liczyć tylko na niego i Johna i Toma, bo cała reszta chyba nie do końca rozumiała powagę sytuacji, w której się znaleźli. Węże miały już pewne naleciałości w stosunku do ludzi wynikające z ich przeszłych doświadczeń, była więc pewna, że nie będą łagodne, bo zwierzęta dostosowywały się do tego, co przeżyły, a te miały podstawy, by traktować ludzi jak zagrożenie, przez co mogli mieć pewność, że podejdą do nich agresywnie.
Widząc drugiego węża postanowiła pozostać w gotowości do ewentualnej obrony. Nie uważała, żeby zaistniała potrzeba, aby wracać się do reszty, bo znajdowała się tam większość osób z ekspedycji. Musieli pilnować tyłów, skoro jeden wąż ich śledził. Nie poinformowała nikogo o tym, że go dostrzegli, wiatr był zbyt silny, fale również zagłuszały dźwięki płynące z otoczenia, a do tego nadal miała podrażnione gardło po pożarach.
Statkiem zaczęło kołysać dosyć mocno, opierała się więc ciągle prawą ręką o nadburcie, żeby się nie potknąć, a w lewej dłoni miała przygotowany harpun do ataku, nie unosiła go póki co, czekała na moment, w którym będzie to jedynym wyjściem. Była zwarta i gotowa do tego, żeby zareagować.
AF ◉◉◉◉◉ rzucam na utrzymanie równowagi
Akcja nieudana