12.07.2025, 23:12 ✶
Brenna przystanęła i wzdrygnęła się mimowolnie, gdy w oddali dostrzegła resztki ognia, dogasające na jednym z drzewem. Przez moment gdzieś w niej narosła panika i rozejrzała się, pewna, że coś, ktoś, pojawi się zaraz, wyłoni zza ocalałego muru albo z ruin. Nic takiego jednak się nie stało, a zamiast tego gdzieś od strony Warowni dobiegł ją znajomy głos i parę sekund później Dora wpadła w jej ramiona.
Objęła ją z ulgą, mocno, nie zwracając uwagi na bolący nadgarstek. Niby nie brała nawet pod uwagę, że Crawleyównie coś mogło się stać, trzymając się jakiejś absurdalnej, pozbawionej choćby odrobiny logiki wiary, że skoro spotkały się w okolicach północy, to Dora przetrwała i dalej. I tak jednak ogarnęła ją przemożna ulga, bo wciąż gdzieś w podświadomości tkwiła nieprzyjemna myśl…
Jeżeli Dora nie pojawiła się na zebraniu, to dlaczego?
Odpowiedź, wyłowiona gdzieś pomiędzy szlochami, zmroziła Brennie krew w żyłach i sprawiła, że z głowy uleciały na moment myśli, zostawiając tylko tę jedną: nie powinna była zostawiać jej samej. Dlaczego nie poprosiła, by od razu teleportowała się do Nory? Dlaczego nie zostawiła tego cholernego budynku i nie pobiegła razem z nią, skoro i tak był już ugaszony?
– Nie szkodzi. To nieważne – wyrzuciła w końcu siebie, wciąż trzymając ją w objęciach, bo śmierciożercy, czy Dora wpadła na nich w pojedynkę, gdzieś na ulicach, pełnych dymu i ognia? – Najważniejsze, że jesteś cała. Nic ci się nie stało? Nie jesteś ranna?
Odsunęła się wreszcie lekko, by zmierzyć Dorę spojrzeniem, w poszukiwaniu ran. Nie widziała krwi, jedynie ślady popiołu, może zaczerwienienia, ginące gdzieś pośród sadzy, która osiadła na skórze, ale nie rany. Brenna wiedziała jednak aż za dobrze, że istniały zaklęcia, które mogły wyrządzić trwałą krzywdę ciału i duchowi, chociaż ich skutki nie były widoczne na pierwszy rzut oka.
– Chodź, siądźmy gdzieś. – To „gdzieś” oznaczało pewnie schody. Huśtawka w ogrodzie spłonęła. A dom… nie, nie odważyłaby się ot tak teraz do niego wejść: i z przyczyn pragmatycznych, bo nie była pewna, czy nic nie runie im na głowy, i dlatego, że musiała zebrać do tego siły. – Potrzebujesz pomocy uzdrowiciela?
Objęła ją z ulgą, mocno, nie zwracając uwagi na bolący nadgarstek. Niby nie brała nawet pod uwagę, że Crawleyównie coś mogło się stać, trzymając się jakiejś absurdalnej, pozbawionej choćby odrobiny logiki wiary, że skoro spotkały się w okolicach północy, to Dora przetrwała i dalej. I tak jednak ogarnęła ją przemożna ulga, bo wciąż gdzieś w podświadomości tkwiła nieprzyjemna myśl…
Jeżeli Dora nie pojawiła się na zebraniu, to dlaczego?
Odpowiedź, wyłowiona gdzieś pomiędzy szlochami, zmroziła Brennie krew w żyłach i sprawiła, że z głowy uleciały na moment myśli, zostawiając tylko tę jedną: nie powinna była zostawiać jej samej. Dlaczego nie poprosiła, by od razu teleportowała się do Nory? Dlaczego nie zostawiła tego cholernego budynku i nie pobiegła razem z nią, skoro i tak był już ugaszony?
– Nie szkodzi. To nieważne – wyrzuciła w końcu siebie, wciąż trzymając ją w objęciach, bo śmierciożercy, czy Dora wpadła na nich w pojedynkę, gdzieś na ulicach, pełnych dymu i ognia? – Najważniejsze, że jesteś cała. Nic ci się nie stało? Nie jesteś ranna?
Odsunęła się wreszcie lekko, by zmierzyć Dorę spojrzeniem, w poszukiwaniu ran. Nie widziała krwi, jedynie ślady popiołu, może zaczerwienienia, ginące gdzieś pośród sadzy, która osiadła na skórze, ale nie rany. Brenna wiedziała jednak aż za dobrze, że istniały zaklęcia, które mogły wyrządzić trwałą krzywdę ciału i duchowi, chociaż ich skutki nie były widoczne na pierwszy rzut oka.
– Chodź, siądźmy gdzieś. – To „gdzieś” oznaczało pewnie schody. Huśtawka w ogrodzie spłonęła. A dom… nie, nie odważyłaby się ot tak teraz do niego wejść: i z przyczyn pragmatycznych, bo nie była pewna, czy nic nie runie im na głowy, i dlatego, że musiała zebrać do tego siły. – Potrzebujesz pomocy uzdrowiciela?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.