13.07.2025, 21:55 ✶
- Niekoniecznie bym ją o cokolwiek dalej pytał, czy innych brygadzistów, którzy wtedy tam byli, bo tak jak sama powiedziałaś, jeszcze uniosą się obowiązkiem i powiedzą o tym komuś. No... przynajmniej na razie - pokręcił głową, wskazując że było to tylko takie krążenie dookoła tematu, rozważania i ogólna próba rozjaśnienia nieco tego, co chodziło mu po głowie. Śledztwo było kategorycznie skończone, przynajmniej jeśli chodziło o korytarze Ministerstwa i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, ze jeśli chcieli uniknąć większego zwracania na siebie uwagi, to musieli odpuścić. Nie było mu to w smak, ale no cóż.
Na resztę pokiwał głową, zwyczajnie zgadzając się i tutaj, z tokiem jej myślenia. Eliksir wielosokowy był jakimś tropem, ale na co to w sumie było Fortinbrasowi? Raphaela dostała od ciotki szansę i zmarnowała ją, narażając dobre imię całej reszty rodziny. Ale klątwa? To brzmiało faktycznie o wiele bardziej prawdopodobnie, chociaż nad dokładnymi możliwościami odnośnie tego, co mogli dziewczynie zrobić, nie chciał się teraz pochylać. Zwyczajnie było tego zbyt dużo.
- Można próbować zapytać prywatnie w departamencie świstoklików - powiedział bardzo powoli, jakby ostrożnie próbując podejść do przedstawienia tego temat. Zdawał sobie sprawę, że niektórzy (Brenna) mogli mieć pewne zastrzeżenia co do jego drogich przyjaciół, którzy tam pracowali, ale on im przecież ufał. I mimowolnie pomyślał o Louvainie, który może i zmieniał ścieżki kariery, ale jeszcze miał odpowiednie dojścia.
Tak. To było bardzo proste, jakże krótkie słowo, ale takie słowa miały do siebie to, że potrafiły wytrącić z równowagi i zmienić perspektywę. Atreus przywykł też zwyczajnie do tego, że na jego żarty i zaczepki ludzie często się peszyli albo wcale nie odpowiadali, wybierając zwyczajne przemilczenie tematu. Może dlatego, że nie spodziewał się tutaj odpowiedzi, a przejścia nad nią do kontynuowania dalej rozmowy, zwyczajnie zastygł na moment, przyglądając się jej z uwagą, z papierosem w pół drogi do ust.
Przecież doskonale wiedział, że ludzie się o niego martwili, to akurat nie było nic nowego. Przecież był chodzącym magnesem na kłopoty, z czego część sam szukał, a reszta znajdowała się jakoś po drodze, albo w konsekwencji jego własnej głupoty. Ale jeszcze parę miesięcy temu, panna Longbottom pewnie odpowiedziałaby zupełnie inaczej.
- To miłe - odchrząknął, uciekając na moment spojrzeniem w kierunku popielniczki, jakby z jakiegoś powodu nieco zawstydziły go te słowa. Zgasił papierosa, zastanawiając się mimowolnie, dlaczego to wszystko nie mogło być prostsze i dlaczego wszystko musiało się dziać pośrodku wojny. Dlaczego konflikt musiał uderzyć w niego tak dotkliwie i dlaczego ona musiała być w niego tak zaangażowana. Czasem w jego głowie znowu był kwiecień i wszystko było o wiele prostsze, ale... nie był pewien czy gdyby tylko mógł, cofnąłby się w czasie.
Wyciągnął do niej rękę, kolejny raz szukając jej ciepła, jakby znowu przypomniał sobie że za każdym razem kiedy to robił, czuł się mniej skonfliktowany. Rozkwitające plamami intensywnych barw emocje nagle stawały się o wiele bardziej harmonijnie ułożone, nawet jeśli momentami doprowadzała go do szaleństwa. Ale ciekawe to było, że tak jak często on szukał jej, równie często ona odrzucała myśl wyciągania do niego rąk, nie chcąc zburzyć jakiegoś obrazu, który sam namalował.
- Przecież nie zrobię nic głupiego, hm? - rzucił, uśmiechając się do niej znowu tak samo. Wyraz ten jednak zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. - Mogę cię o coś prosić? Gdybyś myślała, że tak zrobię... znaczy, bardziej jak zwykle, bo jednak muszę zachować jakieś standardy, to wiesz... - urwał, obracając tę myśl w głowie znowu i znowu, z pewną obsesyjnością zastanawiając się co właściwie robił i czy nie mógł sobie wybrać do tego kogoś innego. Czemu nie Oriona? Albo Basiliusa? Ale znał przecież odpowiedź na to pytanie, nawet jeśli nie umiał w pełni ubrać go w słowa.
Na resztę pokiwał głową, zwyczajnie zgadzając się i tutaj, z tokiem jej myślenia. Eliksir wielosokowy był jakimś tropem, ale na co to w sumie było Fortinbrasowi? Raphaela dostała od ciotki szansę i zmarnowała ją, narażając dobre imię całej reszty rodziny. Ale klątwa? To brzmiało faktycznie o wiele bardziej prawdopodobnie, chociaż nad dokładnymi możliwościami odnośnie tego, co mogli dziewczynie zrobić, nie chciał się teraz pochylać. Zwyczajnie było tego zbyt dużo.
- Można próbować zapytać prywatnie w departamencie świstoklików - powiedział bardzo powoli, jakby ostrożnie próbując podejść do przedstawienia tego temat. Zdawał sobie sprawę, że niektórzy (Brenna) mogli mieć pewne zastrzeżenia co do jego drogich przyjaciół, którzy tam pracowali, ale on im przecież ufał. I mimowolnie pomyślał o Louvainie, który może i zmieniał ścieżki kariery, ale jeszcze miał odpowiednie dojścia.
Tak. To było bardzo proste, jakże krótkie słowo, ale takie słowa miały do siebie to, że potrafiły wytrącić z równowagi i zmienić perspektywę. Atreus przywykł też zwyczajnie do tego, że na jego żarty i zaczepki ludzie często się peszyli albo wcale nie odpowiadali, wybierając zwyczajne przemilczenie tematu. Może dlatego, że nie spodziewał się tutaj odpowiedzi, a przejścia nad nią do kontynuowania dalej rozmowy, zwyczajnie zastygł na moment, przyglądając się jej z uwagą, z papierosem w pół drogi do ust.
Przecież doskonale wiedział, że ludzie się o niego martwili, to akurat nie było nic nowego. Przecież był chodzącym magnesem na kłopoty, z czego część sam szukał, a reszta znajdowała się jakoś po drodze, albo w konsekwencji jego własnej głupoty. Ale jeszcze parę miesięcy temu, panna Longbottom pewnie odpowiedziałaby zupełnie inaczej.
- To miłe - odchrząknął, uciekając na moment spojrzeniem w kierunku popielniczki, jakby z jakiegoś powodu nieco zawstydziły go te słowa. Zgasił papierosa, zastanawiając się mimowolnie, dlaczego to wszystko nie mogło być prostsze i dlaczego wszystko musiało się dziać pośrodku wojny. Dlaczego konflikt musiał uderzyć w niego tak dotkliwie i dlaczego ona musiała być w niego tak zaangażowana. Czasem w jego głowie znowu był kwiecień i wszystko było o wiele prostsze, ale... nie był pewien czy gdyby tylko mógł, cofnąłby się w czasie.
Wyciągnął do niej rękę, kolejny raz szukając jej ciepła, jakby znowu przypomniał sobie że za każdym razem kiedy to robił, czuł się mniej skonfliktowany. Rozkwitające plamami intensywnych barw emocje nagle stawały się o wiele bardziej harmonijnie ułożone, nawet jeśli momentami doprowadzała go do szaleństwa. Ale ciekawe to było, że tak jak często on szukał jej, równie często ona odrzucała myśl wyciągania do niego rąk, nie chcąc zburzyć jakiegoś obrazu, który sam namalował.
- Przecież nie zrobię nic głupiego, hm? - rzucił, uśmiechając się do niej znowu tak samo. Wyraz ten jednak zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. - Mogę cię o coś prosić? Gdybyś myślała, że tak zrobię... znaczy, bardziej jak zwykle, bo jednak muszę zachować jakieś standardy, to wiesz... - urwał, obracając tę myśl w głowie znowu i znowu, z pewną obsesyjnością zastanawiając się co właściwie robił i czy nie mógł sobie wybrać do tego kogoś innego. Czemu nie Oriona? Albo Basiliusa? Ale znał przecież odpowiedź na to pytanie, nawet jeśli nie umiał w pełni ubrać go w słowa.