15.07.2025, 13:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2026, 08:04 przez Lorraine Malfoy.)
– Przecież nie dałabyś mi upaść – odpowiedziała Maeve tak, jak gdyby to było coś tak oczywistego, że w ogóle nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej. U boku ukochanej czuła się... Bezpiecznie. Gdy Maeve zamknęła wokół niej ramiona, pomagając zejść z dachu, Lorraine zaśmiała się tylko, przepełniona poczuciem triumfu. Czym miałaby się martwić? Kot też się nie martwił. Nie wzbraniał się pazurami przed przyciskającą go do piersi wilą, nie wydawał się jednak zbytnio zadowolony wszystkimi tymi manewrami, które należało wykonać, aby dostać się z powrotem na ziemię... Chociaż, gdyby kocica zastanowiła się nad tym nieco dłużej, to nagle nie pamiętała, czemu było jej tak źle na tym dachu. Nie było jej jednak źle w ramionach półwili, która uśmiechnęła się, gdy Maeve przytrzymała ją jeszcze przez chwilę w powietrzu.
Ale jako że Lorraine ręce miała zajęte trzymaniem kota, a Maeve – trzymaniem Lorraine, Lorraine pochyliła tylko głowę, pocierając swoim nosem o nos Maeve, w geście przypominającym nieco spragnione miłości zwierzątko, który pcha łebek pod wyciągniętą dłoń, domagając się pieszczot. Najchętniej obcałowałaby z osobna wszystkie piegi na nosie Changówny, który pojawiały się czasem na jej twarzy, gdy poirytowana, dawała się ponieść emocjom i zapominała o kontrolowaniu drobnych detali w swym wyglądzie. Lorraine śledziła z wielkim przejęciem te zmiany, sama ze sobą sprzeczając się, czy włosy Maeve są dzisiaj jakieś takie bardziej podkręcone na końcach, czy może tak tylko jej się wydaje. Z widocznym ociąganiem wysunęła się z ramion metamorfogini, nie zwracając uwagi na niezadowolenie kota, który miauknął, oburzony, na swoją wybawicielkę. Uśmiech samozadowolenia, którego powodem była ukochana, pozostał mimo to przyklejonym do ust Lorraine, podobnie jak szczególny błysk w oku, trudny do ugaszenia w obecności Maeve.
– Patrz, jakie ma mięciutkie futerko! – wyszeptała z przejęciem Lorraine, podchodząc bliżej Ambrosii. Pełen czułości uśmiech wydawał się wręcz rozświetlać twarz półwili, od której biło wielkie przejęcie. Niewiele robiąc sobie ze słów Ambrosii, wcisnęła jej kota w ramiona, rozmyślnie ignorując wszystkie zawoalowane sugestie, jakie przed chwilą padły. Było coś rozbrajającego w jej radości, w sposobie, w jakim jeszcze przed chwilą przytulała do piersi kota, dziecięce niemal podekscytowanie. Kiedyś, kiedy była jeszcze dzieckiem i mieszkała w Little Hangleton, była przecież ulubienicą wszystkich wiejskich kotów. Przychodziły do niej, na początku sycząc nieufnie, z czasem pozwalając drapać się za uszami. Młode kocięta o rozkosznie miękkim futerku i stare kocury pokryte bliznami. Głaskała te czyste, głaskała te zawszone i ze skundlonym futrem. Zdrowe i chore. Z uszami poszarpanymi podczas niezliczonych kocich walk. Z połamanymi ogonami, których nie mogły nawet wyprostować na jej widok, co nie przeszkadzało im jednak nigdy wycierać się o nogi półwili, prosząc o jedzenie. Wszystkie dokarmiała resztkami wiecznie niedojadanego obiadu, srogo obrywając od matki, gdy niecny proceder został odkrytym. Obecny przy tej rozmowie ojciec tylko się zaśmiał. Zawsze lubił koty. Chadzają własnymi ścieżkami, nie słuchając nikogo, mówił, trzymając w swojej ręce rączkę małej Lorraine, tak jak my. Jego ręka, podobnie jak ręka Lorraine, poznaczona była – poza plamami atramentu – śladami kocich pazurów.
– Już cię polubiła, zobacz, jak się przytula! – Rzeczywiście, obdarzona wyjątkowo łagodnym usposobieniem kocica przytulała się do Ambrosii, węsząc przy tym intensywnie. Lorraine uśmiechnęła się, pogładziwszy zwierzę po łebku. – W twoich kadzidłach czuć czasem walerianę, która przyciąga koty. Rozlałam kiedyś przypadkiem wyciąg z jej korzenia w Necronomiconie, wtedy, gdy jeszcze próbowałam sama robić perfumy... Tydzień musiałam potem wysłuchiwać wycia pod oknami. – Lorraine zgrabnie przejęła swoją torebkę z rąk Ambrosii, zanurkowawszy w jej odmęty w poszukiwaniu bogini-raczy-wiedzieć-czego, pozostawiając jej w zamian kota w opiekę.
Koty zawsze wiedziały, kiedy nie trzeba się bać. Miękły wtedy w ramionach, ciężkie od zaufania, mruczące z zadowoleniem... Pamiętała jak w dzieciństwie przytulała je do piersi, chcąc uspokoić szybkie bicie ich serc biciem własnego. To było uczucie stare jak blizny na jej nadgarstkach i równie znajome: że coś dzikiego pozwala się na chwilę uratować, a potem i tak odejdzie własną drogą, zostawiając na skórze ciepło, kilka kłaków sierści i wspomnienie, do którego wraca się całe życie. Co z tego, że koty same właziły na niedostępne dachy, na zbyt wysokie drzewa? Czasem potrzeba było cudzych ramion, żeby zejść z powrotem na ziemię, jednocześnie nie tracąc przy tym godności. Tak... Lorraine zbyt dobrze znała to uczucie.
– Jestem pewna, że szybko zadomowi się w Ataraxii – stwierdziła Lorraine, wyciągając z torebki różdżkę. Sama na powrót zwróciła twarz w stronę Maeve, po czym – podnosząc delikatnie różdżkę – dała ukochanej znak, żeby się obróciła, żeby zaklęciem mogła zebrać kocią sierść z jej ubrań. Z alergią nie było żartów!
Ale jako że Lorraine ręce miała zajęte trzymaniem kota, a Maeve – trzymaniem Lorraine, Lorraine pochyliła tylko głowę, pocierając swoim nosem o nos Maeve, w geście przypominającym nieco spragnione miłości zwierzątko, który pcha łebek pod wyciągniętą dłoń, domagając się pieszczot. Najchętniej obcałowałaby z osobna wszystkie piegi na nosie Changówny, który pojawiały się czasem na jej twarzy, gdy poirytowana, dawała się ponieść emocjom i zapominała o kontrolowaniu drobnych detali w swym wyglądzie. Lorraine śledziła z wielkim przejęciem te zmiany, sama ze sobą sprzeczając się, czy włosy Maeve są dzisiaj jakieś takie bardziej podkręcone na końcach, czy może tak tylko jej się wydaje. Z widocznym ociąganiem wysunęła się z ramion metamorfogini, nie zwracając uwagi na niezadowolenie kota, który miauknął, oburzony, na swoją wybawicielkę. Uśmiech samozadowolenia, którego powodem była ukochana, pozostał mimo to przyklejonym do ust Lorraine, podobnie jak szczególny błysk w oku, trudny do ugaszenia w obecności Maeve.
– Patrz, jakie ma mięciutkie futerko! – wyszeptała z przejęciem Lorraine, podchodząc bliżej Ambrosii. Pełen czułości uśmiech wydawał się wręcz rozświetlać twarz półwili, od której biło wielkie przejęcie. Niewiele robiąc sobie ze słów Ambrosii, wcisnęła jej kota w ramiona, rozmyślnie ignorując wszystkie zawoalowane sugestie, jakie przed chwilą padły. Było coś rozbrajającego w jej radości, w sposobie, w jakim jeszcze przed chwilą przytulała do piersi kota, dziecięce niemal podekscytowanie. Kiedyś, kiedy była jeszcze dzieckiem i mieszkała w Little Hangleton, była przecież ulubienicą wszystkich wiejskich kotów. Przychodziły do niej, na początku sycząc nieufnie, z czasem pozwalając drapać się za uszami. Młode kocięta o rozkosznie miękkim futerku i stare kocury pokryte bliznami. Głaskała te czyste, głaskała te zawszone i ze skundlonym futrem. Zdrowe i chore. Z uszami poszarpanymi podczas niezliczonych kocich walk. Z połamanymi ogonami, których nie mogły nawet wyprostować na jej widok, co nie przeszkadzało im jednak nigdy wycierać się o nogi półwili, prosząc o jedzenie. Wszystkie dokarmiała resztkami wiecznie niedojadanego obiadu, srogo obrywając od matki, gdy niecny proceder został odkrytym. Obecny przy tej rozmowie ojciec tylko się zaśmiał. Zawsze lubił koty. Chadzają własnymi ścieżkami, nie słuchając nikogo, mówił, trzymając w swojej ręce rączkę małej Lorraine, tak jak my. Jego ręka, podobnie jak ręka Lorraine, poznaczona była – poza plamami atramentu – śladami kocich pazurów.
– Już cię polubiła, zobacz, jak się przytula! – Rzeczywiście, obdarzona wyjątkowo łagodnym usposobieniem kocica przytulała się do Ambrosii, węsząc przy tym intensywnie. Lorraine uśmiechnęła się, pogładziwszy zwierzę po łebku. – W twoich kadzidłach czuć czasem walerianę, która przyciąga koty. Rozlałam kiedyś przypadkiem wyciąg z jej korzenia w Necronomiconie, wtedy, gdy jeszcze próbowałam sama robić perfumy... Tydzień musiałam potem wysłuchiwać wycia pod oknami. – Lorraine zgrabnie przejęła swoją torebkę z rąk Ambrosii, zanurkowawszy w jej odmęty w poszukiwaniu bogini-raczy-wiedzieć-czego, pozostawiając jej w zamian kota w opiekę.
Koty zawsze wiedziały, kiedy nie trzeba się bać. Miękły wtedy w ramionach, ciężkie od zaufania, mruczące z zadowoleniem... Pamiętała jak w dzieciństwie przytulała je do piersi, chcąc uspokoić szybkie bicie ich serc biciem własnego. To było uczucie stare jak blizny na jej nadgarstkach i równie znajome: że coś dzikiego pozwala się na chwilę uratować, a potem i tak odejdzie własną drogą, zostawiając na skórze ciepło, kilka kłaków sierści i wspomnienie, do którego wraca się całe życie. Co z tego, że koty same właziły na niedostępne dachy, na zbyt wysokie drzewa? Czasem potrzeba było cudzych ramion, żeby zejść z powrotem na ziemię, jednocześnie nie tracąc przy tym godności. Tak... Lorraine zbyt dobrze znała to uczucie.
– Jestem pewna, że szybko zadomowi się w Ataraxii – stwierdziła Lorraine, wyciągając z torebki różdżkę. Sama na powrót zwróciła twarz w stronę Maeve, po czym – podnosząc delikatnie różdżkę – dała ukochanej znak, żeby się obróciła, żeby zaklęciem mogła zebrać kocią sierść z jej ubrań. Z alergią nie było żartów!
Koniec sesji