14.02.2023, 00:06 ✶
Stella po prawdzie miała rację. Darcy potrafił być dżentelmenem... kiedy tego chciał. Albo kiedy się mu to opłacało. Niemal zawsze też wtedy, kiedy na horyzoncie pojawiała się atrakcyjna blondynka. Kobieta nie musiała nawet specjalnie się starać, wystarczyło, że po prostu była. Już sam fakt jej istnienia, przynajmniej dopóki nie potraktowała Lockharta z lekceważeniem – tego pewnie by nie zniósł – wystarczył, aby był jak najbardziej chętny do pomocy, choć normalnie niekoniecznie ściągałby koty z parapetów.
Już był w ogródku, już witał się z gąską… to znaczy już był na parapecie, już witał się z kotkiem, kiedy…
…tak, wszystko poszło nie tak.
Darcy chcąc dostać się jak najszybciej na dół, bo przecież po prostu musiał natychmiast uratować kobietę przed tym strasznym, pazurzastym potworem, wprawdzie zdołał sprawnie zeskoczyć na magiczny schodek, ale też znikł akurat w momencie, gdy Lockhart na nim wylądował. W konsekwencji na ziemię raczej spadł niż zgrabnie zleciał i przez chwilę Stella walczyła z dziką bestią jeden na jednego.
– Zroooobisz mu krzywdę! – wydarło się dziecko, chociaż jako żywo, jeśli ktoś tutaj kogoś krzywdził, to chyba kot pannę Avery i jeżeli ktoś potrzebuje ratunku, to pewnie właśnie ona. – Ona krzywdzi pana Mruczkensa! Ratuj pana Mruczkensa! – zawołała mała do Darcyego, który w duchu właśnie posyłał do diabła i dziewczynkę, i kota. Stellę nie. Głównie dlatego, że była na to za ładna.
Zdołał wreszcie wstać i niczym lew rzucił się do walki z kłębkiem futra, pazurów i wściekłości.
– Pomogę pani! – zawołał bohatersko, bo przecież rycerz w lśniącej zbroi, no dobrze, w drogim płaszczu (chwilowo i tak zdjętym), nie mógł zostawić pięknej księżniczki na pastwę prawdziwej bestii. Darcy wyciągnął ręce, starając się pochwycić potwora, a choć zdołał oderwać go od Stelli, to ten obrał sobie nowy cel. Pazury zwierzaka przeorały boleśnie ręce Lockharta, pozostawiając na skórze krwawe ślady.
Do licha. I pomyśleć, że do tej pory całkiem lubił koty. Chyba zacznie ich nienawidzić. Sowy. Sowy to jedyne zwierzęta, które są cokolwiek warte, pomyślał.
– Trzymaj go! – nakazał, bo przecież dziecko chciało, żeby złapali tę bestię, zrobili to, niech więc do licha go sobie zabiera!
Już był w ogródku, już witał się z gąską… to znaczy już był na parapecie, już witał się z kotkiem, kiedy…
…tak, wszystko poszło nie tak.
Darcy chcąc dostać się jak najszybciej na dół, bo przecież po prostu musiał natychmiast uratować kobietę przed tym strasznym, pazurzastym potworem, wprawdzie zdołał sprawnie zeskoczyć na magiczny schodek, ale też znikł akurat w momencie, gdy Lockhart na nim wylądował. W konsekwencji na ziemię raczej spadł niż zgrabnie zleciał i przez chwilę Stella walczyła z dziką bestią jeden na jednego.
– Zroooobisz mu krzywdę! – wydarło się dziecko, chociaż jako żywo, jeśli ktoś tutaj kogoś krzywdził, to chyba kot pannę Avery i jeżeli ktoś potrzebuje ratunku, to pewnie właśnie ona. – Ona krzywdzi pana Mruczkensa! Ratuj pana Mruczkensa! – zawołała mała do Darcyego, który w duchu właśnie posyłał do diabła i dziewczynkę, i kota. Stellę nie. Głównie dlatego, że była na to za ładna.
Zdołał wreszcie wstać i niczym lew rzucił się do walki z kłębkiem futra, pazurów i wściekłości.
– Pomogę pani! – zawołał bohatersko, bo przecież rycerz w lśniącej zbroi, no dobrze, w drogim płaszczu (chwilowo i tak zdjętym), nie mógł zostawić pięknej księżniczki na pastwę prawdziwej bestii. Darcy wyciągnął ręce, starając się pochwycić potwora, a choć zdołał oderwać go od Stelli, to ten obrał sobie nowy cel. Pazury zwierzaka przeorały boleśnie ręce Lockharta, pozostawiając na skórze krwawe ślady.
Do licha. I pomyśleć, że do tej pory całkiem lubił koty. Chyba zacznie ich nienawidzić. Sowy. Sowy to jedyne zwierzęta, które są cokolwiek warte, pomyślał.
– Trzymaj go! – nakazał, bo przecież dziecko chciało, żeby złapali tę bestię, zrobili to, niech więc do licha go sobie zabiera!