15.07.2025, 19:56 ✶
Dym wdzierający się do płuc na siłę był czymś dziwacznym, niecodziennym. Był odczuciem, który paskudnie wgryzał się w umysł i rozpraszał myśli, którym i tak już daleko było do poukładanych. Myślał, że tytoń pomoże, że będzie choć drobną deską czegoś znajomego we wszechogarniającym chaosie, ale niewiele pomagał. Nie pasował. Ta grudka uporządkowania i poprawności była jak sól w oku i chwilami zdawała się tylko dezorientować instynkt, który usilnie demonizował całą sytuację. I to też nie pasowało do niczego, bo oto nadal chodzili cali i zdrowi, nawet nie przybrudzeni za bardzo popiołem, a co dopiero naznaczeni żarem jak inni. Żałośni nieszczęśnicy, przebiegło mu przez głowę i nie był pewien, czy to wyraz współczucia, czy raczej pogardy dla chaosu i paniki, jakim bezmyślnie się oddawali. On oddawał się tylko jednemu uczuciu, którego nazwać nie potrafił, ale które bardzo wyraźnie odbijało się w zimno błękitnych ślepiach. W wilczych lampach, które bacznie lustrowały otoczenie, bezustannie rejestrując i oceniając zdarzenia, otoczenie, zwierzynę. Tym właśnie byli, w natłoku spraw, jakimi musiał zająć się jego umysł, niemal każda jedna została spłycona do niezbędnego minimum, tak więc to nie były osoby i również patrząc na niego, można było odnieść nieprzyjemne wrażenie umysłu balansującego na skraju człowieczeństwa.
Przez krótką chwilę, nim słowa Hatiego ponownie nie dotarły do jego świadomości. Odetchnął cicho, na moment przymykając oczy. Spokojnie. Mimo palącego poczucia, że to nie powinno tak wyglądać, mógł przecież tylko zaakceptować rzeczywistość i potok myśli razem z nią płynący. Chwilami nie był pewien, czy to nadal miało sens, być może nie. Może właśnie dlatego wolał z powrotem skupić się na tym, co widzi. Nawet te makabryczne sceny spalonych i wciąż płonących zwłok lepsze były od mętliku w głowie.
Na nikogo nie trafią. Owszem, sam w to wątpił, w pewnym sensie. W takim tłumie bardzo łatwo było nagle stać się samotnym, ale kolejna myśl podsunęła Skollowi inne znaczenie słów brata. Takie bardziej dosłowne. Dlaczego? Co jeszcze miał w rękawie? Choć może raczej powinien zapytać, co w ogóle tam miał, to nie Hati był specjalistą od chowania rzeczy do rękawów.
Karty. Szkoda trochę tej partii, dobrze szła.
— Jeśli — odparł, nagle łapiąc się tego szczątkowego dialogu, jakby miał mu pomóc wrócić do rzeczywistości, tej tu i teraz. — Żaden pesymizm. — Zerknął na niego kątem oka, jakby chcąc się upewnić, że faktycznie słyszał uśmiech w jego głosie. — W szczęście mogę wierzyć, ale podwójne to już przesada — prychnął pod nosem i podniósł wzrok na ponury krajobraz, wąski i czarny bardziej niż kiedykolwiek. Brudniejszy niż kiedykolwiek. W tej jednej chwili nabrał zwyczajnego obrzydzenia do tej ulicy, budynków, do tego miasta, które zmuszało ich do babrania się w takim syfie. Mieli jednak jeszcze kilka rzeczy do sprawdzenia, sprawy, przez które niepodobna było zwyczajnie zniknąć.
Jedną z nich był burek, niemniej ważny od wszystkich imion, jakie zjawiały się w głowie z niepokojem i złością na los.
Przez krótką chwilę, nim słowa Hatiego ponownie nie dotarły do jego świadomości. Odetchnął cicho, na moment przymykając oczy. Spokojnie. Mimo palącego poczucia, że to nie powinno tak wyglądać, mógł przecież tylko zaakceptować rzeczywistość i potok myśli razem z nią płynący. Chwilami nie był pewien, czy to nadal miało sens, być może nie. Może właśnie dlatego wolał z powrotem skupić się na tym, co widzi. Nawet te makabryczne sceny spalonych i wciąż płonących zwłok lepsze były od mętliku w głowie.
Na nikogo nie trafią. Owszem, sam w to wątpił, w pewnym sensie. W takim tłumie bardzo łatwo było nagle stać się samotnym, ale kolejna myśl podsunęła Skollowi inne znaczenie słów brata. Takie bardziej dosłowne. Dlaczego? Co jeszcze miał w rękawie? Choć może raczej powinien zapytać, co w ogóle tam miał, to nie Hati był specjalistą od chowania rzeczy do rękawów.
Karty. Szkoda trochę tej partii, dobrze szła.
— Jeśli — odparł, nagle łapiąc się tego szczątkowego dialogu, jakby miał mu pomóc wrócić do rzeczywistości, tej tu i teraz. — Żaden pesymizm. — Zerknął na niego kątem oka, jakby chcąc się upewnić, że faktycznie słyszał uśmiech w jego głosie. — W szczęście mogę wierzyć, ale podwójne to już przesada — prychnął pod nosem i podniósł wzrok na ponury krajobraz, wąski i czarny bardziej niż kiedykolwiek. Brudniejszy niż kiedykolwiek. W tej jednej chwili nabrał zwyczajnego obrzydzenia do tej ulicy, budynków, do tego miasta, które zmuszało ich do babrania się w takim syfie. Mieli jednak jeszcze kilka rzeczy do sprawdzenia, sprawy, przez które niepodobna było zwyczajnie zniknąć.
Jedną z nich był burek, niemniej ważny od wszystkich imion, jakie zjawiały się w głowie z niepokojem i złością na los.
Koniec sesji