15.07.2025, 22:00 ✶
Brenna bywała w Lesie Wisielców może nie regularnie, ale prawdopodobnie częściej niż większość brytyjskiej populacji czarodziejów. Miejsce było zaiste dość dziwne jak na popołudniowe spacerowanie, zgodziła się jednak bez wahania, i to mimo tego, że nie tak dawno temu w tym lesie drzewo usiłowało zeżreć jej kolegę. Zakładała jednak, być może naiwnie, że do zagajnika pełnego przeklętych drzew się nie wybierają, a nawet Las Wisielców zdawał się teraz dużo mniej przerażający niż Knieja Godryka, wypełniona widmami. Poza tym jeśli Atreus koniecznie chciałby zobaczyć ten zagajnik, to jednak było lepiej, aby zrobił to w czyimś towarzystwie.
– Chcesz poszukać duchów przy wierzbie wisielców czy po prostu tak ogólnie pochodzić po lesie? A, jeśli zobaczysz gdzieś tutaj ławkę, wyglądającą tak, jakby zachęcała, żeby na niej usiąść, to… absolutnie na niej nie siadaj. Może być przeklęta. A jeżeli jakaś wariatka w łachmanach z lelkiem w ręku powie ci, że spotka cię nieszczęście, to pewnie spotka cię nieszczęście i lepiej uważać na mugolskie samochody – powiedziała, gdy weszli pomiędzy drzewa, całkiem „po swojemu”, po momencie kontemplacji nad tym, jak się zachowywać, wobec Spalonej Nocy, świeżej żałoby, ich rozmowy i wszystkiego, co dalej krążyło jej po głowie, uznając, że przynajmniej chwilowo zdecyduje się „jak zwykle”.
Nie przerażał jej Las Wisielców, ale dłoń trzymała blisko różdżki i wodziła spojrzeniem pomiędzy drzewami, bo nawykła, że w takich miejscach należy zachowywać podwójną czujność. Ostatecznie nigdy człowiek nie wiedział, kiedy jakieś drzewo (albo ławka) spróbuje go zamordować.
Przystanęła, kiedy wspomniał o upominku i przyjęła skarabeusza, może trochę zdziwiona.
– To… miłe? – stwierdziła, nieświadomie powtarzając niby echo jego niedawną wypowiedź. To było miłe. Trochę konfundujące, zwłaszcza że to był całkiem dobrze dobrany prezent, ale faktycznie miłe. – Dziękuję. Jeśli ochroni mnie przed najbliższą, czającą się podstępnie dziurą, to będzie znaczyło, że egipscy czarodzieje są niesamowicie potężni. I stanowczo dementuję, jakobym to lubiła. Doły po prostu jakimś cudem zawsze pojawiają się na mojej drodze – oświadczyła, obracając prezent między palcami, by się mu przyjrzeć. Znów na sekundę się zawahała, bo wycieczka do Egiptu była niby niedawna, a przecież jakby w innym życiu, ale w końcu uznała, że skoro miało być „jak zwykle”… – I jak podobały ci się bankiety egipskich czarodziejów?
– Chcesz poszukać duchów przy wierzbie wisielców czy po prostu tak ogólnie pochodzić po lesie? A, jeśli zobaczysz gdzieś tutaj ławkę, wyglądającą tak, jakby zachęcała, żeby na niej usiąść, to… absolutnie na niej nie siadaj. Może być przeklęta. A jeżeli jakaś wariatka w łachmanach z lelkiem w ręku powie ci, że spotka cię nieszczęście, to pewnie spotka cię nieszczęście i lepiej uważać na mugolskie samochody – powiedziała, gdy weszli pomiędzy drzewa, całkiem „po swojemu”, po momencie kontemplacji nad tym, jak się zachowywać, wobec Spalonej Nocy, świeżej żałoby, ich rozmowy i wszystkiego, co dalej krążyło jej po głowie, uznając, że przynajmniej chwilowo zdecyduje się „jak zwykle”.
Nie przerażał jej Las Wisielców, ale dłoń trzymała blisko różdżki i wodziła spojrzeniem pomiędzy drzewami, bo nawykła, że w takich miejscach należy zachowywać podwójną czujność. Ostatecznie nigdy człowiek nie wiedział, kiedy jakieś drzewo (albo ławka) spróbuje go zamordować.
Przystanęła, kiedy wspomniał o upominku i przyjęła skarabeusza, może trochę zdziwiona.
– To… miłe? – stwierdziła, nieświadomie powtarzając niby echo jego niedawną wypowiedź. To było miłe. Trochę konfundujące, zwłaszcza że to był całkiem dobrze dobrany prezent, ale faktycznie miłe. – Dziękuję. Jeśli ochroni mnie przed najbliższą, czającą się podstępnie dziurą, to będzie znaczyło, że egipscy czarodzieje są niesamowicie potężni. I stanowczo dementuję, jakobym to lubiła. Doły po prostu jakimś cudem zawsze pojawiają się na mojej drodze – oświadczyła, obracając prezent między palcami, by się mu przyjrzeć. Znów na sekundę się zawahała, bo wycieczka do Egiptu była niby niedawna, a przecież jakby w innym życiu, ale w końcu uznała, że skoro miało być „jak zwykle”… – I jak podobały ci się bankiety egipskich czarodziejów?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.