Prue nigdy nie odczuwała potrzeby, a przynajmniej tak sobie powtarzała, aby ktoś znajdował się blisko niej. Trawiła wszystko sama, wyciągała wnioski, analizowała, pracowała nad sobą. Było tak od zawsze, nawet kiedy z zewnątrz mogło się wydawać, że nie była samotna, że miała wsparcie. Nawet wtedy nie miała w zwyczaju dzielić się swoimi przemyśleniami, czy rozważaniami. Obawiała się, że może zostać potraktowana protekcjonalnie, bo nie do końca wpasowywała się w ramy, które spora część społeczeństwa traktowała jako normę. W przypadku Benjy'ego z lekkością przychodziło jej mówienie. Nie musiała zastanawiać się nad tym, czy uzna coś za głupie, nieodpowiednie, nie dał jej powodu ku temu, by mu nie ufała, wręcz przeciwnie - póki co okazywał dla niej ogromne zrozumienie, do którego nie była przyzwyczajona. Jak widać jednak łatwo było jej do tego przywyknąć, otwierała się coraz bardziej i wcale tego nie żałowała.
Być może było to związane z tym, że wiedziała, iż nie zostanie tu na zawsze. Nawet jeśli palnęłaby coś skrajnie głupiego, czy nie do końca zgodnego z tym, czego powinno się oczekiwać po kimś jak ona to nie ciągnęłoby się to za nią w przyszłości. Zresztą zaczęła chyba też zauważać, że nie do końca odpowiadało jej spełnianie czyichkolwiek oczekiwań, w końcu chciała zdjąć wszystkie maski i pokazać to, co kryło się pod nimi. Benjy powodował, że wydawało się to być najbardziej właściwym posunięciem, zresztą coś sprawiało, że chciała, aby poznał ją taką, jaka była naprawdę, a nie tę oficjalną wersję, którą pokazywała całemu światu. Niby przywykła do grania, ale okazało się, że nie zawsze musiała to robić, wystarczyło odpowiednie towarzystwo by mogła być sobą. Pojawiło się zupełnie niespodziewanie, w jednym z najdziwniejszych momentów jej życia, ale może tak właśnie miało być? Nie było sensu z tym walczyć, wręcz przeciwnie, bez zbędnego analizowania postanowiła po prostu w to wejść i zobaczyć, czy przyniesie jej jakieś poważniejsze zmiany, chociaż tego również nie mogła być pewna, może tylko on miał ten dar, może miał to być wyłącznie ten jeden, jedyny raz kiedy zmiana przyzwyczajeń mogła okazać się być czymś dobrym. Wcale nie czuła się przez to bezbronna, bo to uczucie towarzyszyło jej zazwyczaj kiedy pokazywała więcej niż chciała, mogła być przy nim sobą tak po prostu. Nie miał w stosunku do niej żadnych oczekiwań, nie miał mieć, bo był to tylko moment wykradnięty rzeczywistości, i może ogromnie się różnili, może mieli skrajne doświadczenia, to jednak bardzo łatwo przyszło im znalezienie nici porozumienia. Stali się dla siebie tymczasowym azylem.
Cisza, która się między nimi pojawiła nie przynosiła niezręczności. Mogli ze sobą rozmawiać, milczeć, przychodziło im to tak po prostu, zwyczajnie, jakby robili to od lat, a nie ledwie od kilku dni. Nie mieli potrzeby nazywać tego, co się między nimi działo, nie pojawiały się za tymi gestami żadne deklaracje, po prostu korzystali z chwili, trwali przy sobie, bo w tym momencie to wydawało się być tym, czego potrzebowali.
Noc była całkiem przyjemna, mimo tego, że w powietrzu można było wyczuwać już jesień, która niosła ze sobą niższe temperatury i szarość. Fale głośno rozbijały się o klify, ten dźwięk jednak uspokajał, z czasem można było się do niego przyzwyczaić i brzmiał mniej intensywnie, jakby dochodził z daleka. Otoczona ramionami mężczyzny nie czuła chłodu, który przynosiła noc, tylko ciepło jego ciała.
- Oczywiście, że umiesz, nie zaproponowałbyś tego, gdybyś nie umiał, prawda? - Zdawała sobie z tego sprawę. Benjy miał sporo ukrytych umiejętności, których jeszcze nie miała szansy poznać. Tak właściwie to poznawanie go okazało się być naprawdę fascynującym zajęciem. Zastanawiała się ile jeszcze w sobie skrywał i jak wiele miał zamiar jej pokazać. Nie wątpiła w to, że jest bardzo interesującym człowiekiem.
Mieli umowę. Została potwierdzona tym drobnym gestem. Nie było już odwrotu, teraz będzie musiała rzucić wszystko i pozwolić mu się zabrać w nieznane, nieszczególnie jej to przeszkadzało. Czuła, że to może być naprawdę przyjemnie spędzony czas, mimo tego, że przecież miał być jak najbardziej bezproduktywny. - To groźba, czy obietnica? - Nie miała pojęcia, czy faktycznie kiedyś uda im się gdzieś razem uciec, dobrze było pozwolić sobie myśleć o czasie jaki mogliby razem spędzić, ale nie miała złudzeń, że faktycznie się to wydarzy, chociaż może, kiedyś? Może będzie miał ochotę znowu wyrwać się ze swojego życia na jakiś moment i przypomni sobie wtedy o niej. Nie mogła zakładać niczego, bo Benjy wydawał jej się być bardzo nieprzewidywalny w przeciwieństwie do niej. Na pewno będzie wiedział, gdzie ją znaleźć, to wcale nie było takie trudne, zwłaszcza, że nie zamierzała się też przed nim ukrywać.
Propozycja z którą wyszła przyszła jej całkiem naturalnie, chociaż raczej nie robiła podobnych rzeczy. Nie wpuszczała do swojego mieszkania kogo popadnie. Raczej niewiele osób wiedziało jak wygląda jej dom, strzegła tego miejsca, bo zbyt wiele o niej mówiło. Było jej azylem, tam mogła pozwolić sobie na bycie sobą. Zaprowadziła tam Benjy'ego przy ich pierwszym spotkaniu, chociaż nigdy nie spodziewała się, że pojawi się na jej drodze ponownie, już wtedy mu zaufała, chociaż nic o nim nie wiedziała. Czuła gdzieś podskórnie, że nie zrobi jej krzywdy, że jest dobrym człowiekiem, chociaż na pierwszy rzut oka wyglądał jak ktoś kto mógłby ją zabić w kilka sekund.
Powinna się tego spodziewać, prawda? Sama wsunęła mu w dłoń sztylet i teraz mógł nim uderzyć w nią bardzo precyzyjnie, no nie był to sztylet, a słowa, a jednak również świetnie sobie z nimi radził. Tak właśnie kończyło się bycie za bardzo swobodnym. No nic, jakoś sobie z tym poradzi.
Poczuła ciepło które zaczęło palić jej policzki. Nie do końca o to jej chodziło, nie dosłownie, ale teraz nie bardzo jak miała z tym walczyć, bo przecież padło to z jej ust. - Chyba tak? - Nie wypadało, żeby teraz sobie sama zaprzeczała. - To znaczy tak. - Postanowiła brnąć w to dalej, bo co innego jej pozostawało?
- Jesteśmy inni od tych ludzi. - Nie miała pojęcia, jak to powinno wyglądać w teorii, ale nic nie przeszkadzało temu, aby przyjęli swoją własną wersję prowadzania się, czyż nie? Nie chciała, żeby pomyślał sobie, że miała jakieś konkretne oczekiwania które mogły kryć się pod słowem, które padło z jej ust. - Całkiem szybko poszło, spodziewałam się po Tobie większej asertywności, ale skoro tak... - Cóż, jej wina, czyż nie? Zresztą w ich przypadku nie miało to nieść ze sobą praktycznie żadnego ciężaru. Wiedzieli na co się piszą, nie oszukiwali się, nie deklarowali niczego, czego nie mogli spełnić. Nic nie stało więc na przeszkodzie, aby został jej tymczasowym chłopakiem, szczególnie, że najwyraźniej wcale nie przeszkadzało mu to nazewnictwo.
- Tylko nadal liczę na te pocztówki, mam nadzieję, że zostaną w pakiecie. - Nie mogła mu ich odpuścić, naprawdę miała nadzieję, że dostanie jedną, czy dwie kartki, że może tak szybko o niej nie zapomni, dobrze było bowiem mieć świadomość, że gdzieś tam, nawet jeśli bardzo daleko jest ktoś kto o Tobie pamięta.
- Szkoda marnować czas, przecież nie mamy go zbyt wiele, można pominąć więc niektóre stopnie. - Było to całkiem proste, zresztą Prue nie była szczególnie dobra w teorii, czy praktyce. Nie do końca wiedziała, jak powinna przebiegać ewolucja związku, a tak właściwie to jeszcze całkiem niedawno nawet nie wiedziała, że może on między nimi zaistnieć nawet na chwilę, chociaż, czy na pewno? Nie dało się ukryć, że coś ich do siebie przyciągało, zresztą widziała, że się z nią droczył, ale poszła w tę narrację, bo czemu by nie. Niczego nie traciła, a całkiem miła była wizja posiadania tymczasowego chłopaka. - Musisz być czujny, gdybym zaczęła przeskakiwać kolejne stopnie, kto wie w co jeszcze Cię wrobię. - W końcu to ona była odpowiedzialna za to całe zamieszanie, nie mógł jej pozwalać na zbyt wielką swobodę, bo nie wiadomo, jak mogło się to skończyć.
Nie wydawał się być jednak szczególnie przerażony tym jakże zabójczym tempem jakim galopowało to, co się między nimi działo. Prue dostrzegała uśmiech na twarzy mężczyzny, zresztą ona również nie przestawała się uśmiechać. Zupełnie przestała myśleć o tym, co spowodowało, że się tutaj znaleźli, cieszyła się kolejną chwilą, którą mogli razem spędzić.
- Na szczęście nie będzie to pierwszy raz, myślę, że jestem w stanie sobie poradzić z podobnymi epitetami. - Tak naprawdę niekoniecznie interesowało ją to, co pomyśli jej brat. Była dorosła, mogła robić to na co miała ochotę, nawet jeśli Elias zapewne nie spodziewał się tego, że kiedykolwiek mogłaby zainteresować się w taki sposób jego przyjacielem, zresztą ona sama nie wpadłaby na to, że coś podobnego może się wydarzyć, a jednak nie mogła zaprzeczyć, że pojawiło się coś na co nie miała wpływu. Zapewne gdyby jej zależało to mogłaby udawać, że Benjy był jej obojętny, ale nie chciała tego robić. Była nową wersją siebie, która przestała analizować, czy kalkulować.
Benjy przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie, nie uciekł, nie zostawił jej samej pośród tej ciemnej, chłodnej nocy mimo tej dziwnej rozmowy, którą odbywali. Czy mogła chcieć więcej? Naprawdę nie potrzebowała wiele do szczęścia, okazywało się, że wystarczała jej jego obecność. Spoglądali na siebie dłuższą chwilę, nie próbowała wyczytać nic więcej z jego oczu, bo wszystko wydawało się być jasne. Chcieli tu być, chcieli znajdować się przy sobie, nic innego w tej chwili się nie liczyło. Wyjątkowo skupiała się na teraźniejszości, a nie przeszłości, czy przyszłości i to było całkiem przyjemnym uczuciem, bo nie musiała się niczym martwić, niczego dociekać, mogli tak sobie po prostu trwać. Tego najwyraźniej potrzebowali.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control