16.07.2025, 20:55 ✶
- Nosisz przy sobie truciznę? Jeśli nie, to musiałbyś ją zrobić. Trucizna brzmi jak coś, do czego trzeba obierać te wszystkie dziwne fasolki i w ogóle. Męczące. Żeby zepchnąć kogoś ze schodów, tak żeby nie było świadków, musiałbyś za tą osobą chodzić, czekać na dobry moment, wejść po wielu schodach... Męczące. A wredna klątwa… pewnie też się nie da takiej rzucić od ręki, o – oświadczyła Brenna, dla której w tej chwili było absolutnie oczywiste, że nie może zdradzić Basiliusowi tożsamości sklepikarki, bo wtedy totalnie i absolutnie by się zmęczył! I to mimo tego, że trochę się zgubiła w tym, kto kogo miał ogrywać w karty: jej umysł nie działał teraz na najwyższych obrotach i nie nadążyła za logiką Prewetta. – Jakbyś kiedyś kogoś potrzebował zabić, to mogłabym ci podpowiedzieć… Nie, zaraz, nie mogłabym – zmieniła szybko zdanie, bo przypomniała sobie, że właściwie to zabijanie było nie tylko nielegalnie, ale ogólnie rzecz biorąc złe. Żadnego zabijania. Mogłaby zrobić wyjątek dla śmierciożerców, którzy rzucili crucio na Morpheusa i Dorę, wolałaby jednak, żeby Basilius w takie rzeczy się nie mieszał… A nie, zaraz. Sama uznała, że go w to mieszają i Millie nawet dzisiaj przypieczętowała sprawę…
– A w ogóle to witaj w klubie książki – oświadczyła na tę myśl, zestawioną z dyskusją o romansach. W normalnych okolicznościach może i dotarłoby do niej, jak absurdalnie to brzmiało i że Basilius mógł nie zrozumieć, o co jej chodzi, ale leki i środki uspokajające w zbyt dużej dawce naprawdę robiły swoje.
Zakasłała, cofając się, by pozwolić Basiliusowi na próbę otworzenia drzwi. I namyślała się przez moment nad tym, czy mu powiedzieć, dla kogo ta książka, czy może jednak lepiej nie, ale oto przed odpowiedzeniem ocalił ją… chochlik kornwalijski?
Patrzyła szeroko rozwartymi oczami za istotą, która śmiejąc się dziko, odleciała z różdżką Basiliusa ku najwyższej półce.
– Też go widzisz, prawda? – spytała trochę niepewnie, a potem sięgnęła do kieszeni i… zamarła, a wyraz jej twarzy jakby skamieniał. – Zostawiłam różdżkę – szepnęła, niemal z przerażeniem. Nigdy nie rozstawała się z różdżką. Trzymała ją pod poduszką nawet, gdy spała. A tej nocy śmierciożercy zaatakowali Londyn. Ona zaś, przez te głupie środki… zapomniała o niej! Po raz pierwszy od… właściwie to od zawsze.
– A w ogóle to witaj w klubie książki – oświadczyła na tę myśl, zestawioną z dyskusją o romansach. W normalnych okolicznościach może i dotarłoby do niej, jak absurdalnie to brzmiało i że Basilius mógł nie zrozumieć, o co jej chodzi, ale leki i środki uspokajające w zbyt dużej dawce naprawdę robiły swoje.
Zakasłała, cofając się, by pozwolić Basiliusowi na próbę otworzenia drzwi. I namyślała się przez moment nad tym, czy mu powiedzieć, dla kogo ta książka, czy może jednak lepiej nie, ale oto przed odpowiedzeniem ocalił ją… chochlik kornwalijski?
Patrzyła szeroko rozwartymi oczami za istotą, która śmiejąc się dziko, odleciała z różdżką Basiliusa ku najwyższej półce.
– Też go widzisz, prawda? – spytała trochę niepewnie, a potem sięgnęła do kieszeni i… zamarła, a wyraz jej twarzy jakby skamieniał. – Zostawiłam różdżkę – szepnęła, niemal z przerażeniem. Nigdy nie rozstawała się z różdżką. Trzymała ją pod poduszką nawet, gdy spała. A tej nocy śmierciożercy zaatakowali Londyn. Ona zaś, przez te głupie środki… zapomniała o niej! Po raz pierwszy od… właściwie to od zawsze.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.