16.07.2025, 22:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2025, 22:44 przez Brenna Longbottom.)
– To początek. Jeśli runy mogą je zatrzymać i odstraszyć… Może mogą też je wygnać? Runy i pieczęcie… chyba dają więcej szans niż zaklęcia – powiedziała. Nie chciała obiecywać mu zbyt wiele ani dawać fałszywych nadziei, unikała tego, ale może właśnie nadziei potrzebował? Geraldine znalazła krąg, którego zjawy nie mogły przekroczyć, koty ochroniły w jakiś sposób Tessę, Hjalmar wykuł dla kogoś dziwną runę… Runy i pieczęcie mogły być odpowiedzią.
Wszystko w niej wyrywało się, by Sama objąć, ale obawiała się, że tym razem mógłby wziąć to za gest litości. Opadła więc po prostu na belkę przy nim, tuż obok, tak że ich ramiona się stykały. Wahała się przez moment nad odpowiedzią, jakby szukając właściwych słów.
– Spokoju… spokoju chyba nie znajduje się w miejscu – stwierdziła w końcu cicho. Mógł uważać inaczej. Mógł wierzyć, że znajdzie do w chatce w Kniei. Zwłaszcza teraz, gdy zawaliło się tyle rzeczy, które próbował zbudować. Ale ona szczerze wierzyła, że tu nie chodziło tylko o konkretne miejsce. – Ja… chyba nie umiem tego wytłumaczyć? Chciałabym, żebyś poznał inne miejsca niż Londyn, bo Londyn… bardzo nie jest dla ciebie, ale to nie cały świat – powiedziała, trochę niezręcznie. – Jeśli postanowisz wrócić do Kniei i nigdy więcej jej nie opuszczać, zaakceptuję to. Po prostu zawsze będę tu na ciebie czekać.
Przynajmniej tak długo, jak długo żyła, co w obliczu trwającej wojny oznaczało, że „zawsze” mogło potrwać bardzo krótko. Nie mogła próbować niczego na nim wymusić. Nie powinna nawet go nakłaniać do tego, by postąpił tak, jak uważała za słuszne: dostatecznie często robiła to jego matka.
Na dobre i na złe, teraz sam wytyczał swoje ścieżki. Ona mogła jedynie próbować go wesprzeć, gdy nimi podążał albo pokazać mu te, których początkowo nie dostrzegł jako opcji.
– Nie wisisz mi na barkach, Sam. Bardzo nam pomogłeś, ogarniając ogród i wszystkie drobne naprawy, my na nie zupełnie nie mamy czasu i nie bardzo umiemy to robić. I będziemy szczęśliwi, jeśli będziesz robił to w przyszłości, a ja lubię, gdy tu jesteś. Ale jeżeli u Nikolaia będzie ci wygodniej, to też dobrze. Masz jeszcze parę dni na zastanowienie, jak wolisz to zorganizować – powiedziała, podnosząc się. – Jeśli praca ci pomaga… to myślę, że będę miała dla ciebie mnóstwo pracy – oświadczyła, i tu nie miała żadnych wątpliwości, bo skoro Sam był na to gotowy, świetnie: wiele ofiar Spalonej Nocy potrzebowały pomocy, a Zakon mógł zrobić doskonały użytek z rezultatów pracy jego rąk.
I mogli zacząć choćby teraz.
Wszystko w niej wyrywało się, by Sama objąć, ale obawiała się, że tym razem mógłby wziąć to za gest litości. Opadła więc po prostu na belkę przy nim, tuż obok, tak że ich ramiona się stykały. Wahała się przez moment nad odpowiedzią, jakby szukając właściwych słów.
– Spokoju… spokoju chyba nie znajduje się w miejscu – stwierdziła w końcu cicho. Mógł uważać inaczej. Mógł wierzyć, że znajdzie do w chatce w Kniei. Zwłaszcza teraz, gdy zawaliło się tyle rzeczy, które próbował zbudować. Ale ona szczerze wierzyła, że tu nie chodziło tylko o konkretne miejsce. – Ja… chyba nie umiem tego wytłumaczyć? Chciałabym, żebyś poznał inne miejsca niż Londyn, bo Londyn… bardzo nie jest dla ciebie, ale to nie cały świat – powiedziała, trochę niezręcznie. – Jeśli postanowisz wrócić do Kniei i nigdy więcej jej nie opuszczać, zaakceptuję to. Po prostu zawsze będę tu na ciebie czekać.
Przynajmniej tak długo, jak długo żyła, co w obliczu trwającej wojny oznaczało, że „zawsze” mogło potrwać bardzo krótko. Nie mogła próbować niczego na nim wymusić. Nie powinna nawet go nakłaniać do tego, by postąpił tak, jak uważała za słuszne: dostatecznie często robiła to jego matka.
Na dobre i na złe, teraz sam wytyczał swoje ścieżki. Ona mogła jedynie próbować go wesprzeć, gdy nimi podążał albo pokazać mu te, których początkowo nie dostrzegł jako opcji.
– Nie wisisz mi na barkach, Sam. Bardzo nam pomogłeś, ogarniając ogród i wszystkie drobne naprawy, my na nie zupełnie nie mamy czasu i nie bardzo umiemy to robić. I będziemy szczęśliwi, jeśli będziesz robił to w przyszłości, a ja lubię, gdy tu jesteś. Ale jeżeli u Nikolaia będzie ci wygodniej, to też dobrze. Masz jeszcze parę dni na zastanowienie, jak wolisz to zorganizować – powiedziała, podnosząc się. – Jeśli praca ci pomaga… to myślę, że będę miała dla ciebie mnóstwo pracy – oświadczyła, i tu nie miała żadnych wątpliwości, bo skoro Sam był na to gotowy, świetnie: wiele ofiar Spalonej Nocy potrzebowały pomocy, a Zakon mógł zrobić doskonały użytek z rezultatów pracy jego rąk.
I mogli zacząć choćby teraz.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.