17.07.2025, 03:12 ✶
Wszystko wiedziały, bo przecież wypowiadane słowa nie dotyczyły niczego, co byłoby im obce lub odległe, a mimo tego przynajmniej Dora czuła, że kiedy to wszystko zawisło wreszcie w powietrzu, stało się bardziej realne. Chciała czuć gniew, coś co popchnęłoby ją do gwałtowniejszego działania, napędziło jakoś ostro, ale zamiast tego czuła jedynie rozczarowanie. Spokojne pogodzenie się ze swoim losem i niesprawiedliwością, jaka jej dotykała. Jaka dotykała ich wszystkich.
Wiedziała, jak skończyłby się ten spacer - dokładnie tak jak opisywała jej to Brenna. Nie zostawiliby z niej nic, wyciągając wszystko co mogło dotyczyć ludzi, którzy byli jej tak bliscy, a do tej pory udzielali jej pomocy. To było zwyczajnie niesprawiedliwe - próba wyplenienia każdego, kto miał chociaż odrobinę dobroci w sercu. Chociaż ułamek miłości do drugiego człowieka.
- Kimkolwiek On jest - powiedziała cicho, czując potrzebę by i to znalazło się w świetle dnia. - Jestem pewna że nigdy nie zaznał chociaż odrobiny miłości - wbrew pozorom, była to chyba największa obraza, jaką ktoś mógł od niej usłyszeć. Kogoś, kto starał się wierzyć w każdego i tkwiące w nim dobro. Kogoś tak naiwnego, jeśli chodziło o ludzi czy ludzkość ogólnie.
- Ja, tata i rodzeństwo... - dopowiedziała ostrożnie, nieco wyobcowanym głosem. - My wszyscy. Oni też mogą iść do Stawu, prawda? - dopiero teraz w jej głosie pojawiła się jakaś nuta niepokoju, jakby akurat tutaj miała mieć wątpliwości. Ale przecież Staw był dla Zakonników. - Albo... tata nie zasługuje na to wszystko. Przecież nie może nic zrobić... - zawahała się znowu, przełykając żal. - Myślę, że powinien wrócić do świata mugoli - dodała szeptem, spuszczając wzrok. Nie dlatego że wstydziła się tych wniosków, a dlatego że próbowała podjąć decyzję za niego.
Wiedziała, jak skończyłby się ten spacer - dokładnie tak jak opisywała jej to Brenna. Nie zostawiliby z niej nic, wyciągając wszystko co mogło dotyczyć ludzi, którzy byli jej tak bliscy, a do tej pory udzielali jej pomocy. To było zwyczajnie niesprawiedliwe - próba wyplenienia każdego, kto miał chociaż odrobinę dobroci w sercu. Chociaż ułamek miłości do drugiego człowieka.
- Kimkolwiek On jest - powiedziała cicho, czując potrzebę by i to znalazło się w świetle dnia. - Jestem pewna że nigdy nie zaznał chociaż odrobiny miłości - wbrew pozorom, była to chyba największa obraza, jaką ktoś mógł od niej usłyszeć. Kogoś, kto starał się wierzyć w każdego i tkwiące w nim dobro. Kogoś tak naiwnego, jeśli chodziło o ludzi czy ludzkość ogólnie.
- Ja, tata i rodzeństwo... - dopowiedziała ostrożnie, nieco wyobcowanym głosem. - My wszyscy. Oni też mogą iść do Stawu, prawda? - dopiero teraz w jej głosie pojawiła się jakaś nuta niepokoju, jakby akurat tutaj miała mieć wątpliwości. Ale przecież Staw był dla Zakonników. - Albo... tata nie zasługuje na to wszystko. Przecież nie może nic zrobić... - zawahała się znowu, przełykając żal. - Myślę, że powinien wrócić do świata mugoli - dodała szeptem, spuszczając wzrok. Nie dlatego że wstydziła się tych wniosków, a dlatego że próbowała podjąć decyzję za niego.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.